Opisać świat nie jest łatwo, opisać nonsens - niemożliwe. Lasciate ogni speranza, voi chentrate.
Blog > Komentarze do wpisu
Plany i rzeczywistość. Dzień dziewiąty

       Planowałam wstać rano, planowałam zrobić wiele rzeczy zanim pójdę do pracy, planowałam wreszcie ogarnąć mieszkanie.  Nic z tego nie wyszło. Nie wstałam rano, bo poszłam spać o drugiej w nocy.  Do pracy ledwo się wyrobiłam w biegu i coraz więcej przestrzeni na podłodze zajmują papiery, dokumenty, książki, kserówki i skoroszyty.  Ogarnianie mieszkania ograniczyłam do umycia naczyń leżących w zlewie. A w pracy otwiera się sezon szkoleń. Za tydzień jedzie cały nasz zespół.

      Po południu ruszyłam dupsko do miasta. Poszłam do hurtowni kupić dwa komplety pościeli na prezent w ulubionych kolorach L. Przy okazji postanowiłam wymienić zużyte, sfatygowane i sprane prześcieradła, więc kupiłam trzy nowe. Każde w innym kolorze. Potem próbowałam odespać trochę noc, ale bezskutecznie, bo przecież znowu piłam dużą kawę. Z okazji święta wybrałam się więc do kościoła na ostatnią mszę, choć obawiałam się tłumu ludzi. To jednak nie te czasy, co kiedyś, tłumu nie było. W mieście coraz mniej ludzi wie, że dzisiejsze święto Narodzenia Matki Bożej od wieków w ludowym nazewnictwie znane jest jako Matki Bożej Siewnej. Ale ja jestem człowiek ze wsi, to takie rzeczy jeszcze wiem. No i dlatego niektóre Marie obchodzą dzisiaj imieniny. Spacer dobrze mi zrobił. Po drodze wstąpiłam do sklepu, do biedronki, w której spotkałam dwie koleżanki z pracy i odwiedziłam I. Strasznie pokiereszowana, a zapewne wygląda i tak o niebo lepiej niż dwa tygodnie temu, kiedy zmasakrowała się upadając z rozpędzonego roweru. Połowa twarzy nadal sina, ręka w gipsie, na łokciu gips ma przecięcie i otwór do zmiany opatrunku. Wśrodku ma jakieś pręty czy śruby wstawione. 

     Pytam, jak to się mogło stać. Niewiele pamięta. Po upadku straciła przytomność. Chyba zbyt ostro zahamowała i poleciała do przodu, a było to z górki. Wygląda jakby najechał na nią samochód. Tymczasem sama się tak urządziła. Mimo to nie odpuszcza, stara się wszystko w domu zrobić tą jedną sprawną ręką, w dodatku lewą. Tłumaczę, że przecież nie musi tak sprzątać całego domu na błysk, niech robi tylko to, co konieczne. Nie słucha. Jej matka potwierdza, że I. jest strasznie uparta i potem pada z bólu i zmęczenia. Co by się takiego stało, gdyby rzadziej myła podłogę czy raz nie wykosiła trawnika? Na weekend przyjedzie jej córka, to pomoże i posprząta. Ale nie, nie poczeka, nie odpuści. Co za człowiek! Nie mam do niej siły. I jeszcze ten upierdliwy pies, którego sobie kupiła jakiś czas temu. Urosło bydlę już duże, żre niesamowicie i nie ma go kto tresować, żeby był posłuszny. 

      Zaczynam czuć piasek w oczach. Dopóki jednak dni jako takie są długie, muszę często wychodzić z domu i poruszać się, bo znowu utknę z chorym kręgosłupem w fotelu. Na siłownię nie mam aż tyle desperacji, wystarczy, że przejdę się po konieczne zakupy czy jakieś załatwienia w urzędach. Zawsze coś się znajdzie. (O, ku pamięci, powinnam nadrobić korespondencję i wypadałoby jutro pójść na pocztę.) Tylko kto to widział, żeby sklep zamykano o czwartej? Jak mam zdążyć? 

poniedziałek, 08 września 2014, onikra

Polecane wpisy