Opisać świat nie jest łatwo, opisać nonsens - niemożliwe. Lasciate ogni speranza, voi chentrate.
Blog > Komentarze do wpisu
Na pełnych obrotach. Dzień 109

          Miałam rację. Idzie się do pracy, robi swoje i nie wiadomo kiedy mija czas do samego wieczora. Poszłam rano, jak nigdy. I okazało się, że szefowej nie było jeszcze. Stałam więc bez przydziału, bo i kluczy nie miałam ani żadne zadania wczoraj nie zostały rozdzielone. Na dzisiaj szefową była Beba. Blisko ma, ale wpadła dosyć późno. ja na jej miejscu trochę bym się obawiała, że nie zdążę, że coś przegapię. Chyba za bardzo jestem panikara, a tu trzeba spokoju, żeby ogarnąć prawie dwieście osób. Zrobiłam swoje i poszłam na czwarte piętro na cały prawie dzień. Jak zaparzyłam o dziesiątej kawę, tak wypiłam już zimną po dwunastej. I w te pędy do gabinetu szefa na umówione spotkanie z informatorem G. Jeszcze go nie ma, za to szefostwo całe zajęte innymi okolicznościami: kontrola zewnętrzna zjechała. W sekretariacie ruch jak na Marszałkowskiej się zrobił. To ja za telefon, czeka mnie ze sześć telefonów w sprawie zawalonych spraw. Zanim wykręciłam pierwszy numer, wchodzi G. Witamy się. Szefostwo zajęte, więc ja go przejmuję i idziemy do drugiego gabinetu. Popełniłam gafę: chciałam go usadzić w fotelu przy ławie, a on pomaszerował do biurka i usadowił się w miejscu zastępcy szefa. No! Kurczę, myślę sobie, czuje się jak u siebie. Zostawiono nas samych. On nawija, mnie się kończą pomysły, czas ucieka, a ja nie wiem, o co dalej pytać. Na szczęście sam wynajduje tematy, opowiada, a potem komentuje: "Ale tego niech pani nie pisze". W końcu zagląda sekretarka z pytaniem, czy coś podać. On wcześniej nie chciał, ale teraz ja wołam, że tak, koniecznie. Oboje zamawiamy herbatę. Jeszcze rozmawiamy. Zadaję pytanie, na ryzyko, o czasy sprzed jego urzędowania. I trafiłam w dziesiątkę! On to przyniósł napisane! Wyjmuje z teczki gotowca i wręcza mi odbitkę. No super po prostu. Mam materiał najważniejszy, do którego nijak nie mogłam dotrzeć. Mało tego, obiecuje przejrzeć archiwum prasowe, swoje zdjęcia i udostępnić mi na czas pisania. Zrobię skany i rzecz pójdzie do kompletu. Tak samo jak przedwczoraj podczas wywiadu z emerytowanymi dyrektorami on też ma ochotę na tę publikację. To ja widzę, że moim zadaniem będzie tylko poukładać to wszystko, opracować spójną koncepcję, nadać kształt. Wraca zastępca a za chwilę sam szef. Wreszcie, bo ja już nie mam o czym rozmawiać. Żegnam się. Jeszcze nie wyszłam, telefon: sprawa projektora nabiera tempa. Mam złożyć podanie. No dobra, to idę pisać. Siadam do komputera: wniosek, uzasadnienia, klik - cholera! drukarka wysiadła. Pomajstrowałam coś sama, bo obsługi technicznej już nie ma. Udało się, wydrukowała i zaniosłam. Idę do domu, zastanawiając się czy ma co jeść. Nie doszłam, gdy dopadł mnie telefon: z domu, od siostry. Mam jej na jutro załatwić siłownię! Noż kurczę, nie wyrabiam. Instruktora od tygodnia nie widziałam. W internecie nie ma podanych godzin otwarcia. No dobra, rzucam torby, dwa łyki herbaty i idę go szukać. A ryzyk fizyk, podejdę tam i sprawdzę. Mam szczęście, jest,a le reperuje jakiś sprzęt, klucze w ruchu, spawarka... Czekam. Ok. Można jutro przyjechać, będzie on sam, a on zna, chyba pamięta, jak wygląda moja siostra to bez problemu się dogadają. Ona ma zresztą cały program ćwiczeń opanowany i nie trzeba jej pilnować. Dzwonię do niej i mówię co i jak. Ale sama nie jest pewna, czy jej pasuje, bo to zależy od kolegi, który albo pojedzie rano, albo nie pojedzie. Więc i tak wszystko okaże się jutro. W każdy razie ja załatwiłam, co mogłam. Idę teraz do miasta, na pocztę z opłatami i list do Belgii wysłać. Kolejne zaskoczenie - zapłaciłam za ten list, polecony, 16 zł! Matko jedyna! Nie ma się co dziwić, że Poczta Polska upada. Cenią się strasznie. Toż to w Europie, nie za ocean. I taka cena?! Tradycyjne listy, przesyłki, pocztówki wkrótce się staną usługą luksusową, tylko dla bogaczy.  Paranoja jakaś. Trudno, jeden list odżałuję, muszę. Wracam do domu, jest ciemno, zastanawiam się po co maiłam jeszcze wstąpić do spożywczaka. Nie przypomniałam sobie, bo zadzwonił telefon. Znajoma z pracy, ma kłopot, jej córka nie wróciła ze szkoły. Zaczynamy dzwonić po znajomych, szukać. Przy trzecim telefonie dziewczyna właśnie weszła do domu. Matka jak się zdenerwowała, jak zaczęła obracać w te i wewte. Wyłączam się. Przypomniałam sobie o telefonach, które miałam wykonać jeszcze w pracy. Trudno, dzwonię teraz, na własny koszt. Jeden telefon, drugi, trzeci, czwarty, piąty... i jeden nieodebrany. Uff! czas na kolację. Idę do tego spożywczaka. W drzwiach sklepowa szarpie się z pijakiem, którego usiłuje wyprowadzić na dwór. Jakoś się udało. Usiadł koło drzwi i robi remanent w torbie z butelkami.  Coś mamrocze pod nosem. Wchodzę, w środku parę osób, kolejka. Kupuję chleb, twaróg, rodzynki do klusków z makiem, parówki z indyka. Napisane, że bez glutaminianu sodu. Ciekawe czy to prawda. Wracam do domu. Jeszcze nie zamknęłam drzwi, ktoś puka. O, matka koleżanki. Przyniosła pierogi. Mam je zawieźć jej córce, bo się spotkamy pojutrze. Ładuję reklamówę do lodówki. Pora coś zjeść. Pozbierałam wszystkie zakupy z ostatnich kilku dni i porozdzielałam wstępnie do świątecznych prezentów. Jeszcze dziś udało mi się fajne książki dla dzieciaków kupić. To już mam dla wszystkich. Zebrałam wszystko razem, podpisałam torebki prezentowe. Gotowe. A teraz czeka mnie praca papierkowa, którą muszę zrobić na jutro. Zajmie mi kilka godzin.

czwartek, 18 grudnia 2014, onikra

Polecane wpisy