Opisać świat nie jest łatwo, opisać nonsens - niemożliwe. Lasciate ogni speranza, voi chentrate.
Blog > Komentarze do wpisu
Jaki tydzień, taki piątek. Dzień 152

          Dzisiaj to już prawie mnie wygonili z pracy. Nic nie poradzę, że opędzam zadania za co najmniej trzy osoby, więc nie wyrabiam. Normalne swoje zadania to jedno, a zbieranie materiałów do filmu to drugie. i to zbieranie idzie opornie, bo mało na kogo mogę liczyć. Scenariusz napisać, ekipę zebrać, role rozdzielić, próby przeprowadzić. Wszystko robię w zasadzie sama, chociaż jest wyznaczona osoba do pomocy. Ale my się nawet nie możemy spotkać, bo podstawowe obowiązki co rusz nas w różne strony rzucają. Zresztą, nie oszukujmy się, ta druga osoba jak na razie nie ogarnęła tego, co zrobione do tej pory. A do tego jeszcze indywidualne projekty naukowe i artystyczne, które jakoś tez muszę pilotować, układać grafik spotkań, konsultacji. Nie wyrabiam po prostu. Cały tydzień taki był. Od ósmej rano do siódmej wieczór. Chciałam zostać dłużej i dokończyć przynajmniej trochę papierkowej roboty. Ulokowałam się przy wielkim stole, rozłożyłam materiały i dalej! liczyć, wpisywać dane, przepisywać, wypełniać rubryczki. Pomyślałam, że wtedy spokojniej przeżyję weekend z głową niezaprzątniętą zaległościami. Niestety, nie pozwolono mi. Wparowała p. Maria i majestatycznie zarządziła, że za 15 minut mam wszystko spakować, a najlepiej gabinet opuścić i w ogóle dać sobie spokój. Dyrekcja zarządziła. A  p. Maria pracuje w sekretariacie, jakby ktoś nie wiedział ;-) No i nie popracowałam. Wynegocjowany kwadrans przeznaczyłam na błyskawiczne dokończenie statystyki, ale całościowe ogarnięcie roboty zostało na potem. Chodziłam cały dzień jak w kieracie, tu telefony, tam materiały konkursowe, tu znowu szukanie czegoś, co kurczę, zginęło nie wiedzieć kiedy. Na ostatek jeszcze ściągnęłam materiały z Internetu do przejrzenia w domu. Na korytarzach pusto, wszyscy się zbierają, a ja zastanawiałam się, co dalej i co najpierw. W ostateczności zaś p. Maria wyzwoliła mnie z dylematu, bo trzeba było wszystko zamknąć w sejfie. Koniec. Jak przyszłam do domu, tak znowu padłam. Oczywiście o pójściu po odbiór wczorajszego rentgena nie było mowy nawet. Podobno jest strasznie niskie ciśnienie, ludzie poruszali się jak skołowani. Padłam i zasnęłam nie wiem, kiedy. Spałam godzinę. Potem przypomniałam sobie, że muszę wynieść śmieci, a tu ciemno, że oko wykol. Kontener mamy stojący za garażem, gdzie nie ma światła, za zamykaną na kłódkę bramą. Zastanawiam się czy uda mi się po ciemku tę kłódkę otworzyć. Jednak nie trzeba było. Brama jeszcze otwarta, stróż nie zamknął. No to jeden skok i do najbliższego sklepu po mleczko do kawy, sól do kąpieli, mały chleb na zakwasie, kostkę do WC, parę pierogów z kaszą i jedna paprykę czerwoną. Taki miks zakupowy na najbliższe dni. Jeszcze załatwiłam jeden służbowy telefon. Teraz mogę zacząć wypoczywać. Toastu nie będzie, bo nasza drużyna piłkarzy ręcznych przegrała półfinał z drużyną Kataru. Trudno. Pozostaje mecz o trzecie miejsce.

  

piątek, 30 stycznia 2015, onikra

Polecane wpisy

Komentarze
2015/01/31 14:08:01
Życie jest po prostu niesprawiedliwe. Ale za to Stoch wczoraj pokazał na skoczni swoim rywalom, gdzie ich miejsce ;)
-
2015/02/01 08:45:03
O tak, zapomniałam, to jednak jest co świętować: sukces Stocha :-)