Opisać świat nie jest łatwo, opisać nonsens - niemożliwe. Lasciate ogni speranza, voi chentrate.
Blog > Komentarze do wpisu
Ogród prostuje spojrzenie na świat. Dzień 272 i 273

      Wczoraj zapomniałam zrobić wpis. A potem już wieczorem nie mogłam. Przed południem jeszcze miałam komputer i dostęp do sieci, ale wypadło mi z głowy. A potem jak zajęłam się robotą, to w ogóle o niczym innym nie myślałam. Nie byłam na wsi od trzech tygodni. Jechałam z obawami, co tam zastanę. Jakieś apokaliptyczne wizje mnie prześladowały, które starałam się odpędzić. Większość się nie sprawdziła ;-) Mimo kilkakrotnych burz i deszczów niczego nie zalało. W ogródku mam rzodkiewkę, ale już przerasta i tylko jedne zbiór będzie. Szczypior wybujał nad spodziewanie gęsto. Kwitną orliki, biała trawka, kosaćce, truskawki, poziomki, niedługo pojawia się we wszystkich kolorach goździki brodate. Wciąż kwitnie fioletowa magnolia. Upojnie! Niestety, ulewy i zimno rozbiły swoje. Na polu nędza :-( Niewiele wzeszło. Nie ma pietruszki ani marchwi, ani buraczków, nic. Rzodkiewka nędzna, kopru nie widać, sałaty jakieś milimetrowe listeczki w trzech miejscach się pojawiły. Jedyna rzecz, co pięknie wzeszła to zielony groszek, trzy równiutkie rządki. No i przyjęła się i urosła, napęczniała kapusta wczesna, parę selerów, które kupowałam i nędzne, bo nędzne, ale widoczne i zielone wciąż pory. Pod folię nie miałam czasu dokładnie zaglądać i sprawdzać, ale z ogórków chyba niewiele zostało. Natomiast cebula i czosnek równo zarasta masa chwastów. Nawet nie próbowałam tego plewić, bo po pierwsze, ziemia zbyt mokra, gliniasta, a po drugie, przegoniła mnie z pola kolejna burza. Zdążyłam tylko posadzić sadzonki cukinii, którą miałam w doniczce. To wszystko. Resztę robiłam przy domu: wysadzałam pomidory i paprykę  do donic i wiaderek, kosiłam trawnik, po raz pierwszy kosiłam w ogródku od szosy, który ubiegłego lata porządkowałam przez miesiąc taki był zaniedbany. Ziemię na szczęście  w tym roku mam z kompostu przy murze, więc nie muszę wozić taczką z pola. Parę pomidorów już wcześniej posadziła mi siostra, te tylko przestawiłam koło palików. Mam jeszcze sporo papryki, ale to już następnym razem. Trawa nawet ta koszona poprzednio, tak urosła, że przejść się nie da. I kosiarka już jej nie weźmie. Nie wiem, co robić. Znowu jakąś kosę trzeba będzie skombinować. Ale ja kosą nie bardzo umiem. Za stodołą całkiem gąszcz i dżungla. Teraz, kiedy siostra ze  szwagrem już z tego wspólnego ogrodu nie korzystają, nikt tam nie chodzi. Wiec trzy tygodnie nikt nie zaglądał, nie przeszedł się nawet spacerkiem, i nawet ścieżki nie widać. Zarosło po pas. Przepchnęłam się tam i z powrotem z taczką, żeby choć udeptać na szerokość człowieka. Marnie to widzę. Jak na ugorze. Na polu klepisko, deszcze pobiły ziemię na płasko. Nawet kartofle słabe. Za tydzień będę miała dwa dni wolnego po Bożym Ciele, może coś ogarnę.

        Wczoraj mogłam tylko zacisnąć zęby i zrobić, co najpilniejsze. Wypiłam przy tym z litr kawy, bo już i głowa ze zmęczenia potężnie dawała się we znaki. Od schylania się, bo ja za długo nie mogę być w takiej schylonej pozycji z głową niżej. O kręgosłupie nie wspomnę. Sam z siebie człowiek nie może, nie umie powiedzieć "STOP" i zatrzymać się, gdy widzi, ile jest do zrobienia. A jeszcze to, jeszcze to i tamto i tak cały dzień, do upadłego. To nie jest ani dobre, ani zdrowe. Dlatego zawsze twierdzę, że natura jest mądrzejsza, a Bóg wie, co robi, gdy nagle ni stąd, ni zowąd zsyła deszcz albo burzę, jak wczoraj. gdyby nie burza, pewnie tkwiłabym na tym polu do samego zmroku, nie zważając na kręgosłup, głowę, bolące stopy, omdlałe ręce. A tak, musiałam wrócić wcześniej. Napaliłam w piecu na dole w kuchni. Nagrzałam wody, zdążyłam ojcu pomyć wszystkie naczynia, co zajęło prawie dwie godziny, bo dużo tego nazbierał. nie było mnie przecież trzy tygodnie. Zgotowałam świeże pokrzywy z korą dębu na mycie głowy. Na pewno nie miałabym na to siły, gdybym siedziała do dziewiątej w ogrodzie. Napaliłam tez na górze, żeby było ciepło w nocy. Mimo wszystko w pokoju miałam tylko 17 stopni, więc troszkę trzeba było dogrzać, zwłaszcza ze względu na moją głowę. Po myciu nie mogę mieć zimno, bo znowu będą mnie zatoki bolały. No i to wszystko zrobiłam i o przyzwoitej porze poszłam spać. Dzisiaj pogoda piękna, słoneczna, wypoczynkowa.Siostra zabrała mnie na przystanek po drodze, jadąc na swoje niedzielne treningi, jestem już u siebie w domu. Dam radę odpocząć, poczytać coś, może pójdę na ostatnią majówkę do kościoła. A na razie poczytam wiadomości, co się w świecie dzieje. Na wsi człowiek odpoczął od wielkiego świta, odseparował się od rzeczy błahych i takich, na które w zasadzie wpływu nie mamy. A najważniejsze, że taki czas całkowitego zaabsorbowania obowiązkami przepędza złe myśli. No i nie ma się do czynienia z ta wszechobecną nienawiścią, szukaniem dziury w całym oczernianiem i ocenianiem wszystkich i wszystkiego, wylewaniem własnej żółci na cały świat dookoła. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego ludzie zamiast zająć się czymś pożytecznym siedzą tylko w internecie i wypisują jadowite komentarze na wszystkich i wszystko, wylewając swoje nieokiełznane frustracje. No nie rozumiem! Chyba mają za dużo wolnego czasu.Dlatego uciekam na wieś i idę z motyką na cały dzień.  Mniej nerwów, mniej frustracji. Zmaganie się z siłami przyrody uczy pokory. Tak, tym ludziom brakuje pokory. I dystansu. Do siebie, do innych, do świata.

niedziela, 31 maja 2015, onikra

Polecane wpisy

Komentarze
2015/06/20 11:18:33
Nic mi do tego, ale nie mogę zrozumieć. Twój ojciec nie myje swoich naczyń i czeka z tym na Ciebie?
-
2015/06/21 08:17:35
No tak mniej więcej, on po prostu tego nie potrafi, nigdy nie miał w zwyczaju sprzątać po sobie. Ostatnio zamiast umyć sobie garnki po kaszy i mleku, kupił komplet nowych ;-)