Opisać świat nie jest łatwo, opisać nonsens - niemożliwe. Lasciate ogni speranza, voi chentrate.
Blog > Komentarze do wpisu
Najgorętszy dzień lata. Dzień 309

       Jak na razie najgorętszy. Powinnam go przezipieć, bezpiecznie chowając się w chłodzie i cieniu. Wyszło całkiem na odwrót. Najpierw w pracy czterogodzinna narada, na którą zapomniałam wziąć butelkę z wodą do picia. Rano bowiem z równowagi wytrącił mnie... brak wody w kranie!  Szykowałam się wziąć prysznic, a tu nic z kranu nie leci. No wręcz zaniemówiłam z wrażenia. Zapowiadali ponadtrzydziestostopniowy upał a ja nie mam jak się umyć. Ciurkało coś z kranu z wodą ciepłą, podstawiłam miskę, garnek, wiadro i odkręciłam nad wanną. Może naleci. Coś niecoś naleciało, więc szybkie mycie i w te pędy do pracy, dlatego butelki zapomniałam wziąć, a tu od razu wpadłam w wir zajęć i w sumie do samego południa nie miałam w ustach ani kropli wody. Ba, nawet rano nie zdążyłam napić się kawy. Po pracy okazało się, że zostałam bez grosza przy duszy. Ostatnią dwudziestkę dałam na składkę na prezenty pożegnalne dla osób odchodzących na emeryturę. No to bez obiadu, ale za to po kawie, poszłam w miasto: do banku i od razu po zakupy. Pilnie potrzebuję spryskiwacza do ogródkowego zielska. W drodze dzwonię do fryzjerki, czy zdąży mnie dzisiaj ściąć. Dobra, mogę przyjść za godzinę. Pasuje mi, akurat zdążę zrobić zakupy. Muszę jeszcze kupić lody, bo mają wpaść koleżanki. Wychodzę z supermarketu - burza. Nagle wicher, zaczynają padać grube krople. Biegiem do domu. Muszę schować te lody.  Biorę parasolkę i lecę w ten deszcz przez kałuże do fryzjera. Pół godziny i włosy ścięte, przejaśnia się, znowu wychodzi słońce. Spokojnie wracam, szykuję owoce, kawę zaparzaną z kardamonem, specjalne mieszanki herbaty zielonej i białej, nalewki, kroję ciasto. Wszystko przygotowane, chwila oddechu, szukam tabletki od bólu głowy, bo czuję, że nie dam rady przetrzymać tego wieczoru. Niestety, nie mam już żadnych. Obie się spóźniają, ale w końcu przychodzą: I. oraz EBo. No i właśnie skończyłyśmy babski wieczór. Tak naprawdę były to zaległe od miesiąca imieniny, na które nie mogłyśmy się wcześniej umówić. Za dużo pracy było. Teraz wreszcie się udało. Wszystkie trzy znalazłyśmy czas. Dziewczyny przyniosły wspaniałe prezenty: album poetycko-fotograficzny, lawendowe ciasteczka, zioła i winko św. Hildegardy z głogiem. Zjadłyśmy półtora kilograma czereśni, wypiłyśmy litr kawy i nalewkę z pigwy. Wmusiłam w nie nawet swoje nieudane ciasto z porzeczką ;-) A najbardziej wszystkim smakowały lody :-) Wymyśliłam połączenie lodów o smaku kawy latte z sorbetem z czarnych porzeczek. Pychota! I. prosiła o dokładkę. Obgadałyśmy parę osób: megalomańskiego lokalnego poetę, dyrektorkę szkoły, sąsiadów, znajomych, dyrektora domu kultury, burmistrza i parę innych ;-) Nastraszyłyśmy się nawzajem barszczem Sosnowskiego ( to ja), pijakami pod blokiem i manią prześladowczą (EBo), chorobami nowotworowymi ( to I.). Każda z nas ma swoją specjalność. Kiedy następne spotkanie? A kto to może wiedzieć?...

poniedziałek, 06 lipca 2015, onikra

Polecane wpisy