Opisać świat nie jest łatwo, opisać nonsens - niemożliwe. Lasciate ogni speranza, voi chentrate.
Blog > Komentarze do wpisu
Nie do uwierzenia. Dzień 365 i poprzednie

       Pszczoły pamiętam od wczesnego dzieciństwa. Pasiekę miał dziadek, a potem mój Tata kontynuował tradycję. Był czas, ze nie mieliśmy pasieki. Różne okoliczności na to wpłynęły. Ale pod koniec życia, jak to już opisywałam, Tata powrócił do swojej największej pasji. Pomaganie przy pszczołach było naszym obowiązkiem od dzieciństwa. Nieważne, że się baliśmy. Mogliśmy nosić ramki, odsklepiać wosk, wirować miód. Z czasem uczyliśmy się więcej. Pierwszego roja samodzielnie łapałam razem z młodszą siostrą. Usiadł na leszczynie, dość wysoko. Ul był przygotowany, ale jak go ściągnąć? Mimo lipcowego upału okutane jak polarnicy dla ochrony przed użądleniem przystawiłyśmy drabinę. Zlałyśmy pszczoły wodą, żeby nie uciekły gdzieś dalej. Jakimś cudem, nie pamiętam teraz jakim, udało nam się obciąć gałąź, na której siedziały i znieść ją na ziemię. Dalej poszło już szybko. Po prostu przystawiłyśmy gałąź do wylotka tego pustego ula, na deseczce. A one zaczęły maszerować jak karne wojsko: czwórkami, nie, szóstkami, ósemkami rząd za rzędem prosto w wylotek i do ula. Nie stałyśmy tam cały czas, więc nie pamiętam, w którym momencie weszła matka. Ale miałyśmy pierwszy własny rój. To było coś!

       Nie pamiętam, jak reagował dziadek na użądlenia, ale Tata nigdy nic sobie z tego nie robił i był bardzo, ale to bardzo odporny. Mam jego zdjęcia z dawnych lat, gdy w pełnym słońcu stoi w krótkich spodenkach, bez koszuli, przy ulach. Pójście do pasieki w krótkich spodenkach i z krótkim rękawkiem to była u niego norma. Nawet podczas wybierania ramek z miodem potrafił w takim stroju pójść. Nie używał nigdy pszczelarskiego kombinezonu, bo mówił, że mu krępuje ruchy. Kiedyś podczas dosyć ostrego miodobrania, ciężko było i latały jak wściekłe, zapytałam, ile go użądliło, gdy już nie wytrzymał i zakończył robotę: "Chyba ze dwieście" - odpowiedział i nie były to czcze przechwałki. Do stu użądleń nawet nie zwracał uwagi. Musiało ich być znacznie więcej, że wygnało go wreszcie z pasieki. Ani nogi, ani ręce, nic w ogóle nie miał spuchnięte. Raz tylko zapuchła mu powieka, raz tylko, pamiętam, tak spuchł, że na oko nie widział. Użądliły go wtedy cztery szerszenie!

       Dopiero pod koniec życia kupił kombinezon z siatką, ale właściwie dla pomocnika, bo sam nie używał. No, czasem zakładał siatkę. Bo już nie miał takiej wytrzymałości czy cierpliwości jak dawniej. Ostatnio, w sobotę, zakutałam się w ten kombinezon i poszłam na obchód. Przyjechał brat i postanowiliśmy przejrzeć wszystkie ule. Kombinezon kombinezonem, a sześć mnie użądliło, w tym pięć z jednego ula. Te cwaniary weszły po cichu pod spód, od dołu, po spodniach, potem wewnętrzną stroną kombinezonu i opamiętałam się, gdy już zdążyły mnie dziabnąć.  Jedna dopchała się nawet pod siatkę, ale w porę ją zobaczyłam i zerwałam z siebie cały strój. Wcale się nie dziwię, że czasami Tatcie nie chciało się go zakładać, bo nie mając już młodzieńczej sprawności, nie zdążyłby w takim przypadku siatki odpiąć i zdjąć. Więc lepiej mu było mieć na głowie tylko zwyczajny kapelusz, a ostatnio naciągał kaptur od dresu.

       Ja zaś jak biały bałwan z wielką głową biegałam w sobotę z drabiną i wodą, bo okazało się jeszcze, że uciekł rój i zdejmowaliśmy go z dębu. Wsadziliśmy go bez problemu, ale zajęło nam to godzinę w pełnym umundurowaniu, w 30-stopniowym upale. Po wszystkim, gdy zdjęliśmy kombinezony, to, co mieliśmy pod spodem było mokre jak z pralki. Można było wykręcać. Bo biegiem po drabinę, biegiem z drabiną, biegiem z wodą, ul na taczce pod drzewo, gałąź delikatnie uciąć, delikatnie z drabiny znieść rój, żeby się nie rozsypał, potem ul z powrotem już z rojem delikatnie na miejsce zawieźć. I wszystko to w tym cholernym pszczelarskim mundurze, z wielkim kapeluszem i siatką dookoła głowy. Słowem, ćwiczenia jak na jakimś treningu komandosów.

      A potem przeżyłam rozpacz. Rabunek! Rój był mały, zmęczony, bo okazało się, że siedział na drzewie całą noc, gdyż padał deszcz. Daliśmy mu syrop. Następnego dnia idę, patrzę, a tam wojna koło wylotka. Formalnie wojna. Obce pszczoły zaatakowały i wdarły się do środka, kradnąc syrop. Broniący rój tracił siły. Stałam i płakałam, patrząc na to, co się dzieje. Przecież nie odróżnię, które są swoje, które obce, żebym mogła im pomóc. Nie jestem pszczelarzem, nie wiem, co czuje zawodowy hodowca, w takim momencie bezradności. A mimo to i tak płakałam. Co czuje i czy starczy łez pszczelarzowi, któremu kilka dni temu jakaś kanalia, bo człowiekiem go nazwać nie można, wytruła dwieście pni?!! Ule zostały wywiezione do lasu na kwitnący wrzos. A wiadomo, że wrzosowy miód jest najdroższy i - jak dla mnie - najlepszy smakowo. Uwielbiam jego cierpki smak. Dla niektórych jest za ostry, ale ja lubię, gdy drapie po gardle. Pewnej nocy ktoś, a nawet musiało być co najmniej dwóch ludzi, pozatykał wylotki i zatruł wszystkie. W ciągu jednej nocy!!! Przypuśćmy, że każda pszczela rodzina liczyła od 40 do 50 tys, to daje prawie 10 mln pszczół. Tyle ich zginęło. Masakra! Kanalia, która to zrobiła, powinna zostać skazana na długą śmierć głodową. Dlaczego? Bo jak twierdzą badacze, jeśli wyginą pszczoły, ludzkość zginie w ciągu góra dwóch lat.  Niech więc ten kretyn, idiota i zbrodniarz poczuje, co to znaczy brak żywności, skoro nie będzie komu zapylać roślin, w tym ogromnych upraw jadalnych.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015, onikra

Polecane wpisy

Komentarze
2015/09/01 06:34:11
Z zainteresowaniem poczytałam o pszczołach.
Sądziłam, że tylko chemia niszczy pszczoły,
dlatego lepiej im w miastach.
Wszędzie wandale, rabusie, zboczeńcy, złodzieje.
Nie ma dnia bez złych wieści, rozpacz.
-
2015/09/01 07:31:06
Chemia bezwzględnie im szkodzi, ale pszczoły też chorują, niszczy ich nadmierne zanieczyszczenie powietrza. Do miasta nadają się odmiany latające daleko na pożytek, bo obawiam się, że balkonowych pelargonii byłoby dla nich za mało ;-)
-
2015/09/01 10:10:30
Pokazywali pszczoły w Warszawie na jakimś wieżowcu, nie pamiętam.
W Paryżu podobnie. U mnie by przeżyły, dużo lip wokół jest
ale balkonu nie mam.:)
-
2015/09/01 10:53:26
tak, wiem, to taki ogólnoświatowy trend od kilkunastu lat umieszczania pszczelich rodzin w wielkich aglomeracjach, na wieżowcach właśnie. Polska niestety wcale nie przoduje w tym zakresie, choć należymy do pszczelarskich potęg.
-
2015/09/01 11:16:15
Dobrze, że balkonu nie mam, jeszcze bym wpadła na taki pomysł?
Potem pewnie kara i kolegium.
Nie wiem czy jeden słoik miodu w roku kupuję.
Stosuję zasadę, że nie trzeba mieć browaru by napić się piwa.
Bardzo lubię czytać o działkach, uprawach itp, gdyż sama tego nie mam.
Może odwiedzę te targi:
krakow.pl/informacje/193592,48,komunikat,xxii_krakowskie_miodobranie_na_placu_wolnica.html
W miniony weekend przeoczyłam.
Do wszystkiego pasja potrzebna jest ale trzeba uważać by nie zarobić się na śmierć...
-
2015/09/02 22:18:44
Czytam, ale przez cały czas nie wiem, co napisać. Podziwiam Cię, Twoją pracowitość, sumienność i bardzo Cie rozumiem. Wiem , co czujesz, bo sama niedawno straciłam najbliższe osoby.
-
2015/09/03 07:29:34
Ewo, dziękuję, to wystarczy, i czuję się lepiej.