Opisać świat nie jest łatwo, opisać nonsens - niemożliwe. Lasciate ogni speranza, voi chentrate.
Blog > Komentarze do wpisu
Posucha. Dzień 360

      Jestem padnięta! Padnięta, a nic wielkiego nie robiłam, zwłaszcza na wsi, bo w mojej parafii święto, więc cisza. Żadnych traktorów, kosiarek i tego typu spraw. Chyba po wczorajszym bólu głowy tak padłam. Wczoraj głowa mało nie eksplodowała. I to długo trwało. A sprężałam się w dodatku, bo wiedziałam, że dzisiaj żadnej roboty nie będzie. I w polu byłam, w ogrodzie, i w sadzie, pomyłam podłogi, suszyłam gruszki na piecu, pranie zwijałam jedno, robiłam kolejne, i chwasty jakieś wynosiłam, wykopałam kolejne rządki kartofli, obeszłam pszczoły... nawet nie pamiętam wszystkiego. W każdym razie głowa mi pękała, poszłam spać z bólem licząc, że może do rana przejdzie. Przeszło, ale się nie wyspałam, bo z kolei coś moczopędnego musiałam zjeść czy wypić, gdyż ganiało mnie niemal co godzinę. Chyba to te gruszki?

       A wieczorem spadł deszcz, ciśnienie gwałtownie spadło i dlatego łeb mi pękał. Deszczu akurat tyle, żebym nie musiała w polu podlewać, tym bardziej, że wydano zakaz kategoryczny podlewania czegokolwiek. Jak widzę, sąsiadka niewiele sobie z tego zakazu robi i cały ogródek zlała. Ja zaś zostałam mistrzynią oszczędzania wody. Każdą używam co najmniej dwukrotnie. Wodę z mycia naczyń, owoców, warzyw przed jedzeniem przeznaczam potem do podlewania pomidorów. Wodę z proszkiem z pralki łapię do wiadra i akurat prałam w niej buty, takie szmaciane, oraz rękawice ogrodowe, bo od ziemi zrobiły się sztywne. Zbierałam zioła do suszenia, ale przedtem je zawsze płuczę. Wodą z płukania podlałam magnolię. Tylko wody przeznaczonej do picia nie da się spożytkować powtórnie ;-)

      Ale wracając do mojego padnięcia, cały czas męczyła mnie kolejna robota do zrobienia na jutro do pracy i dlatego na nic więcej dzisiaj czasu nie miałam. Wspólnie z koleżanką jakoś opracowałyśmy nowe materiały, ona przysłała mi pierwowzór, ja to poprawiłam, odesłałam, w międzyczasie dokończyłam swoje zestawy u siostry, bo na wsi nie mam komputera, stamtąd przy okazji zabrałam się z nią na przystanek, przyjechałam na szóstą i wdepnęłam do I. oddać jej pieniądze za bilet. Przywiozłam te kartofle i cukinie, żeby upiec placek ziemniaczano-cukiniowy. Właśnie się piecze. I czekam na wiadomość od M. czy jeszcze coś w naszych materiałach na jutro poprawiamy. Tymczasem nie ma ciepłej wody, umyć się nie ma jak. Jutro też nie będzie, więc trzeba grzać na kuchence. No i taka to robota.

środa, 26 sierpnia 2015, onikra

Polecane wpisy

Komentarze
2015/08/27 19:18:56
Placka takiego pieczonego nie znam. Robię i uwielbiam placki ziemniaczano-cukiniowe smażone na patelni. Nawet na zimno są wspaniałe i dużo mniej kaloryczne od samych ziemniaczanych,
-
2015/08/28 08:22:14
Bo taki placek robi się z lenistwa, gdy nie chce się smażyć tradycyjnie na patelni, bo to za długo trwa ;-) Ciasto takie samo.