Opisać świat nie jest łatwo, opisać nonsens - niemożliwe. Lasciate ogni speranza, voi chentrate.
Blog > Komentarze do wpisu
Dzień 399 i 400 a może nawet więcej

        Sobota w dzień: wyprawa na pole po buraki i marchew. Cukinia przemarzła. wszystka. Powyrywałam łęty, usunęłam gołe badyle po fasolce szparagowej, sprzątnęłam niepotrzebnego już stracha, którego i tak żadne ptaki się nie bały. Grabię i wywożę cztery taczki suchych liści z leszczyn. Skosiłam trawnik, ale na zgrabienie już nie mam czasu, a moja kosiarka nie ma bębna na trawę. Idę podkarmiać pszczoły. Dźwigam po kilkanaście litrów syropu raz w jedną, raz w drugą stronę sadu.

       Wieczór: pszczoły podkarmione. Syropu zostało parę litrów, bo kolejny ul nie wziął poprzedniego karmienia. Mam złe przeczucia, ginie kolejna pszczela rodzina, nie wiem, co robić. Idę z bańką po mleko do sąsiadki, umówiłam się, że będę brała co sobotę w czasie przyjazdów. Wracam i rozpalam w dwóch piecach: na dole w kuchni i na górze w pokojach, bo dom wychłodzony i zimno spać.

         Niedziela do południa: szykuję nowy syrop na kolejny raz. Taszczę drabinę do zrywania winogron i włoskich orzechów. Przychodzi tam do mnie dalsza sąsiadka. Opowiada, że najbliżsi sąsiedzi zza miedzy przychodzą kiedy mnie nie ma i używają z sadu, ile wlezie. Ostatnio zbierali właśnie orzechy. Kiedy tylko im trzeba, bez pytania ogałacają moje drzewa. Zebrałam kosz winogron i pół kosza orzechów, tylko tyle udało mi się dosięgnąć i strząsnąć.

        Niedziela wieczorem: okurzam pszczoły za stodołą. Mam siedem tabletek od roztoczy. Ponoszę totalną klęskę. Tabletki nie chcą się dymić, zużywam dwie paczki zapałek. Nie mogę ich włożyć do wylotka, bo coś przeszkadza, z trudem znajduje wejście. Jest ciemno, to także nie ułatwia sprawy, latarka bez przerwy gaśnie, a pszczoły wcale nie śpią. Zaczynają się wściekać. Nawet jedna mnie użądliła. Półtorej godziny się męczę, żeby stwierdzić daremność wysiłków. Tak naprawdę tylko w dwóch ulach udało mi się jako tako doprowadzić rzecz do końca i prawie całe tabletki się spaliły. Niestety, nie umiem orzec z jakim skutkiem. Nic nie widzę w tych ciemnościach.

        Niedziela całkiem późny wieczór: telefoniczne rozmowy z bratem. ja mam telefon przy uchu, on siedzi and literatura fachową i w internecie. Konsultujemy prognozy pogody, efekty okurzania - on robił to także u siebie. W jednym ulu mam gryzonia. Widzę go za każdym razem, gdy tam zaglądam. Sprawdzamy jego sposób życia i odżywiania się. Tragedia: żywi się owadami, czyli będzie zjadał pszczoły. Jestem w rozpaczy. Nie wiem, jak pozbyć się gamonia. Nie ma trucizny.

        Niedziela noc: nie śpię, a gdy zasnę na parę minut, śnią mi się koszmary. Martwię się o pasiekę. Czuję jak opuszczają mnie siły i optymizm. Dzwoni budzik: za piętnaście szósta.

        Poniedziałek wcześnie rano: idę do pszczół, na wszelki wypadek wysypuję truciznę na myszy, chociaż tyle. Nagle szurnął gryzoń. Jak zwykle wyłazi na ramki i pomyka brzegiem. Złapałam gada i.... zadusiłam. Prawie gołą ręką, ot, przez szmatkę. Pszczoła mnie użądliła, ale nic to. Ja je przecież ratuję. Jestem roztrzęsiona. Nie wiem, czy to tylko jeden, czy są też inne w ulu. Nie mam czasu sprawdzać. Pakuję się i jadę rowerem do siostry. Nie jem nic, piję tylko kawę, żołądek mam ściśnięty. U siostry nerwy mi puszczają i się rozklejam. Ryczę, że nie daję rady, nie wiem, co robić, nie umiem utrzymać pasieki, kolejny ul ginie i wszystko robale albo gryzonie zeżrą. Umawiam się ze szwagrem, że przyjadę dzisiaj po pracy i będziemy robić daszki na cztery ule. Spróbujemy trochę uszczelnić inne, zwłaszcza najstarsze, które  tu i tam mogą mieć jakieś dziury, żeby gryzonie nie właziły.

       Poniedziałek nieco później: siostra jadąc do pracy zawozi mnie na przystanek, jadę też do pracy. W busie dosiada się pani B. Opowiada o synu, który mieszka w Norwegii i bardzo sobie chwali. Zarobki nieporównywalne z naszymi w Polsce. Odwiedziła go tam i tez bardzo jej się podobało. Opowiadała, że była w takim parku, gdzie było bardzo dużo rzeźb nagich ludzi. Pytam, czy chodzi jej o Park Vigelanda w Oslo. Potwierdza, że tak, tam właśnie była. Jest bardzo dumna z syna. Dzięki niemu pierwszy raz leciała samolotem w wieku 70 lat. Wysiadam, mam pół godziny na przebranie się, przepakowanie, piję kolejną kawę, jeść nie mogę, mam ściśnięty żołądek od emocji. Przypominam sobie, że do dzisiaj mam termin zapłacenia raty za prąd. Otwieram komputer i na stojąco, jedną ręką pakując materiały potrzebne do pracy, robię przelew. Przychodzi umówiona matka koleżanki po olej lniany. Trzymam go dla niej od miesiąca. Wychodzę do pracy.

      Poniedziałek środek dnia: przekładam ostatnie spotkanie, żeby zdążyć na wcześniejszy bus. Telefon mi się rozładował i podłączam go gdzieś na uboczu. Siedzę do końca i myślę o ty, ile uda nam się dzisiaj zrobić do wieczora. Wreszcie koniec. Wypadam i... wracam czym prędzej, bo zapomniałam telefonu gdzieś tam podłączonego do kabla. Wybiegam znowu, w domu przebieram się w ubrania do podróży i lecę na przystanek. Zdążyłam! W drodze od przystanku na wsi dzwonię do Ewuś odwołać spotkanie. Miała do mnie przyjść po teksty. A ja nie tylko ich nie wybrałam, ale nawet nie napisałam jeszcze. Przepraszam i obiecuję zrobić na środę.

      Poniedziałek popołudnie: szwagier działa już od dziesiątej. Daszki zrobione, tylko czeka na mnie, żeby zakładać. Szykuję podkurzacz, ochronną siatkę, zbieram kilka deseczek do zabicia ewentualnych rozszczelnień, nową wyściółkę do ula z tym nieszczęsnym gryzoniem. Stara cała brudna, wszędzie gryzoniowe odchody. Tak nie może być! Wywalam wszystko i ogacam od nowa. Szwagier dopasowuje daszki, ja zatykam wylotki, zostawiając wejście tylko na szerokość centymetra, żeby poza pszczołą nic innego nie wlazło. Niestety, moje przewidywania się sprawdzają: kolejna rodzina przepadła. Do opustoszałego ula zleciały się sąsiednie pszczoły i cała chmara wte i wewte regularnie kradnie pozostawiony syrop i miód. Są ich setki. Nie można podejść. Po prostu zmasowany atak rabunkowy. Czekamy aż się nieco uspokoi. Siostra przywiozła nam kanapki. Ja piję tylko herbatę i kolejną kawę, nadal nie mogę nic przełknąć. Bułka staje mi w gardle.

       Poniedziałek wieczór: kładziemy daszek na ostatnim ulu, uszczelniamy ściany. Zaglądam do środka - syrop zrabowany, pszczół rodzimych nie ma. Ul do likwidacji. Obijamy jedną ściankę fugowanymi deseczkami jak do boazerii. Zapada zmierzch. Oboje jesteśmy mokrzy i zmęczeni. Szwagier jedzie do domu, ja sprzątam, zbieram resztki desek, styropianu, gaszę podkurzacz, chowam narzędzia, próchno, zapałki, strój ochronny z siatką. Pakuję trochę warzyw i owoców: kapustę, marchewek parę, winogrona, jabłka. Ciemno, jest ciepło, ale pogoda się zmienia, niepewna. Zdaję sobie sprawę, ze wyjechałam po pracy w samej tylko bluzce, a teraz nie mam niczego cieplejszego na wieczorny chłód. Szukam jakiejś kurteczki i prasuję. Robię obchód i czekam na siostrę, która zawozi mnie  na przystanek na pospieszny autobus. 

        Poniedziałek późny wieczór: dojeżdżam. Idę do domu z ciężkim koszykiem. Boli mnie staw biodrowy. Przekładam koszyk do drugiej ręki, koło chińskiej knajpy drą się jacyś chuligani. Idę przez parking i wchodzę po schodach. Teraz dla odmiany boli mnie kolano. Taszczę koszyk przez korytarz i zaraz po wejściu do mieszkania rozpakowuję się. W lodówce znajduję kawałek wędzonego twarogu. Jem kolację po 24-godzinnym poszczeniu. Dopijam kawę pozostała z rana. Zabieram się do pracy papierkowej na jutro. Jeszcze rozmowa z bratem o naszych dzisiejszych dokonaniach. Jego tam, moich tutaj. Zdajemy sobie sprawę, że nie nadążamy ze wszystkim. Jutro muszę znowu pojechać po pracy na wieś uporządkować ten opustoszały ul.

        Jest wpół do jedenastej wieczorem. Jestem zmęczona, bardzo zmęczona. Nastawiam budzik na za  piętnaście szósta rano. Nad łóżkiem ułożyłam pięć świeżo zebranych gdzieś po drodze kasztanów. Może dodadzą mi energii.

poniedziałek, 05 października 2015, onikra

Polecane wpisy

Komentarze
2015/10/06 04:15:30
Tak jest, jak gospodarza nie ma, to ludzie kradną.
Nie zarób się na śmierć, jak to mówią.
nie warto dla buraków,
dla winogron i orzechów bardziej.:D
-
2015/10/06 12:31:01
Szkoda tych pszczół, ale może dacie radę uszczelnić tak ule, żeby się myszy nie przedostawały? Dziadek kiedyś mówił, że przed zimą zawsze dokładnie oglądał i uszczelniał ule właśnie z powodu myszy i nornic, Potrafiły w ulach przez zimę narobić naprawdę wiele szkód.
A z sąsiadami pogadałabym przy okazji. To nie może być tak, żeby Twoja ciężka praca w tak trudnych warunkach (dojazdy) szła na marne. Co za ludzie!
Może rób sobie kanapki czy sałatki do pojemnika i jedz w busie po drodze na wieś? Musisz się przecież jakoś odżywiać, bo padniesz. Trzymaj się!
-
2015/10/06 16:27:56
o matko i córko ...ja po takim maratonie, to chyba bym nie żyła...raz jeszcze szczere wyrazy uznania i ...zwolnij, naprawdę , bo nie warto chyba, chociaż za pszczoły trzymam kciuki
-
2015/10/06 17:17:57
Onikro, nie przejmuj się.
Na pewno coś z genów swego ojca masz
by nie padać na twarz.
-
2015/10/06 21:55:07
Jeszcze żyję :-) A w busie to ja śpię, odsypiam zarwane noce, zmęczenie, a z sąsiadami nie ma rozmowy, od lat wciąż te same problemy, tacy ludzie, niestety :-( Potrafią jeszcze gorsze rzeczy robić.