Opisać świat nie jest łatwo, opisać nonsens - niemożliwe. Lasciate ogni speranza, voi chentrate.
Blog > Komentarze do wpisu
Gdzie żyję?... Dzień 401

       Gdzie i kiedy?... Czy wtedy, gdy jestem w pracy, w miejscu,w  którym spędzę w sumie więcej niż połowę życia, czy wtedy, gdy wysiadam na wsi na przystanku, jadę rowerem miedzy polami, niespiesznie mijam opustoszałe pola, wdycham zamglone jesienne powietrze i za Faustem powtarzam "chwilo, trwaj"?

        Dzisiaj rano pierwszego budzika za piętnaście szósta nie słyszałam, nie obudził mnie. Na szczęście mam wewnętrzny zegar, który zrywa mnie codziennie o szóstej. Od razu ubrałam się tak, żeby bez przebierania się prosto z pracy jechać na wieś. Zmieniłam tylko "zawodowe" buty na sportowe. Jechał nawet ten sam kierowca, co wczoraj. Pytałam o ostatni kurs powrotny, niestety, za wcześnie, na pewno bym się nie wyrobiła. Podał mi więc ostatni odjazd linii konkurencyjnej, prawie godzinę później. To może się udać, pomyślałam.

        Nic nie zrobiłam, prawie nic. Miałam zajrzeć do dwóch uli, ale bez sensu. Wygląda na to, że moje pszczoły zostały zaatakowane przez jakieś obce, które próbowały, nadal próbują skraść syrop i miód. o tym, że jest to walka na śmierć i życie świadczą leżące przed wylotkiem przed ulem pszczoły.  Co najmniej setka. Tam się odbyła regularna bitwa. Pszczoły nie są odporne na własny jad. Stąd walka jest naprawdę zacięta. Nie widziałam jeszcze tyle martwych pszczół naraz. W dodatku same to zrobiły. Kto je napadł? Skąd przylecieli rabusie? Nie mam pojęcia. Przecież nie rozpoznam nawet, które są moje, które z daleka. Tylko te leżące truchła świadczą, że były nietutejsze i próbowały sięgnąć po cudze.

        Mogę tylko czekać na rozstrzygnięcie tej wojny. Ograniczyłam pole wylotków, żeby łatwiej było się bronić wewnątrz od ula. Skoro tyle martwych leży przed ulem, można mieć nadzieję, że atak został jednak odparty skutecznie. Obserwowałam jak dwie pszczoły starły się na brzegu wylotka. jedna druga próbowała przegonić, strącić aż w końcu zwarte w uścisku poderwały się w powietrze i spadły w trawę. Jedna z nich wygrała, druga została już na ziemi. jak rozpoznać, która moja?

        Spieszyłam się posprzątać jeszcze ramki ustawione w sieni. Szybka w drzwiach trzymała się na jednym gwoździu i było do przewidzenia, że to kwestia czasu,  kiedy wypadnie. Wypadła dzisiaj i rozbiła się w drobny mak. Całe szczęście wiem, gdzie mam schowane na strychu duże arkusze dykty. Biorę ostry nóż i docinam potrzebny kawałek. Wstawiam w miejsce szyby, pasuje idealnie. Nie zdążam już posprzątać rozbitego szkła, zmieść ścinków dykty. W zasadzie nie ma takiej potrzeby, przecież tutaj nikt nie mieszka. Przyjadę następnym razem to posprzątam. A teraz czas wsiadać na rower. Muszę zdążyć na ten ostatni powrotny bus.

        Jadę przez pola zasnute mgłą czy dymem? Dymem. Palą się kartoflane łęty po wykopkach. Kilka ognisk. A wiatr rozwiewa dym po całym pejzażu. Lubię ten zapach, jest taki jesienny. Kojarzy się z pieczonymi w ognisku ziemniakami. W sadzie coraz głośniej skrzeczą sójki, coraz bliżej domu podlatują sikorki. Jeszcze dwa pomidory z krzaka, kilka orzechów ze ścieżki i w drogę. Dostaję słoiczek sosu grzybowego. Pędzę na przystanek, nawet szybko mi się idzie i jakoś lekko. Nic dziwnego. Przez ostatnie niecałe pięć dni straciłam co najmniej dwa kilogramy. O, zimno się robi. W dzień było ciepło i mam tylko na sobie lekkie wdzianko bez podszewki. Przewiewa na wylot. Dobrze, że na szyi ciepła apaszka.

       W busie luźno i cicho. Siadam przy oknie i nagle zdaję sobie sprawę, ze z zmęczenia boli mnie głowa. Miarowy odgłos samochodu, ciche rozmowy jakiegoś pasażera przez telefon, równa jazda na nowej drodze szybkiego ruchu sprawiają, że zasypiam. Coś mi się śni niezbyt przyjemnego. Nagle budzę się i patrzę za okno samochodu,. Nie wiem, gdzie jestem. Dokąd jadę? W którą stronę? Przejechałam przystanek, bo nie rozpoznaję mijanego pobocza, na którym brak zabudowań. Nie, zaraz, jadę do domu w mieście, nie mogłam przejechać, bo wysiadam na samym końcu. Tak, teraz poznaję, zaraz będzie wiadukt i miasto. Z powodu remontów kilku odcinków szosy wjeżdża się od jakiegoś czasu przez obwodnicę, ze tak się wyrażę, od strony dupy. To znaczy widzimy miasto od najdalszego tyłu, gdzie pomiędzy nasypem kolejowej linii a domkami jednorodzinnymi jest teren bagienny, podmokły, porośnięty chaszczami. Owszem, stopniowo jest on zagospodarowywany, ale sensu w tym nie ma, bo co roku ludzi tutaj mieszkających podtapiają mniejsze lub większe powodzie, przy każdej większej ulewie. Kto to widział budować miasto na bagnie? No owszem, zrobił tak Piotr Wielki wznosząc Sankt Petersburg, ale on był carem i miał iście koronowaną fantazję. W bagniste podłoże kazał powbijać głębokie, grube, twarde drewniane pale i na nich wznoszono budowle. Ilu przy tym zmarło niewolniczych robotników, historia milczy. A tutaj co roku ludzi podtapia, a miasto dalej wydaje zezwolenia na kolejne działki i domy.

        Kiedy wysiadam na końcowym przystanku, czuję powiew zimna. Ale jest mi wszystko jedno. Nadszedł taki kres zmęczenia, że nie reaguję. Idę powoli, wstępuję do marketu po chleb, twaróg, pęto wędliny i biorę deser w nagrodę za intensywnie przepracowany dzień - serek homogenizowany o smaku stracciatelli. To moja kolacja.

wtorek, 06 października 2015, onikra

Polecane wpisy

Komentarze
2015/10/07 07:50:33
Daleko masz do tego swojego królestwa?
Na dłuższą metę, to jakieś mrocznie wykańczające jest.
Ja już tak sentymentalnie nie podchodzę do spraw.
Pszczoły bym sprzedała lub bratu podarowała
w zamian za ileś tam słoików miodu.
Warzywa bym zebrała i zakończyła z nimi.
Każdy dojazd to pewnie z 6 zł jest na bilety,
a za to można kupić warzyw, ze ho.
-
2015/10/07 08:01:18
Czy to tylko sentymentalizm? W sumie dobrze się czuję na wsi, nie lubię miejskiego pośpiechu i hałasu, i wolę swoje warzywa niż kupowane. Naprawdę jestem przekonana, że swoje warzywa są zdrowsze, bo nie ma w nich tej chemii, z którą sadownicy się nie liczą i walą na kilogramy. Może kiedyś, na emeryturze, zamieszkam tam na stałe. Jadę 30 km w jedną stronę.
-
2015/10/07 08:23:28
30 km, to sporo.
Miałam działkę za miastem, wśród ponad 700 innych,
ot normalnie kombinat działkowy.
Ze względu na stan zdrowia męża i mój i jakąś cofkę do tego,
życia działkowego, pojechało się, napracowało, kto inny plony zebrał,
potem altankę nam nocą podpalił, jej się pozbyłam.
Ani nic nie żałuję, przynajmniej trochę Polski za to zwiedziłam.
Krzaki i drzewa są wszędzie, jak mawia mój syn.
Moje dzieci zupełnie taką działką nie były zainteresowanie.
Co to jest, 4ary z kawałkiem?
Gdyby tak podchodzić, że tylko własne warzywa, to już nie jadłabym ich wcale.
W końcu są kontrole i różne sklepy ekologiczne.
Żywość każda jest chemią traktowana, gdyby się uprzeć.
-
2015/10/07 11:39:15
czy ja już pisałam, że ...długo to chyba tak się nie da? zwolnij , jak ma się wszystko udać, to uda się też powoli
-
2015/10/07 15:43:57
Dzisiaj nie jadę, zrobiłam sobie wolne :-)

Irsilo, mam za duży szacunek do ziemi, na której wychowało się wiele pokoleń moich przodków, żeby ot, tak się tego pozbywać. To nie jest czteroarowa działka, wszystkiego będzie znacznie więcej. Uprawiać zboża nie będę, ale dopóki mogę, stawiam na swoje warzywa i owoce. Nie można tak podchodzić, że skoro teraz wszystko faszerowane chemią, to w ogóle wszystko jedno, co jemy. Dlaczego mam się truć, skoro mogę mieć swoją niepryskaną marchew, cebulę, pory, kapustę czy inne warzywa? Dla mnie wybór jest oczywisty - inwestuję w swoje zdrowie. Dopóki mogę oczywiście.
-
2015/10/07 18:34:01
Onikro, pisałam o sobie, jak ja bym zrobiła.
Mam 63 lata, jestem trochę schorowana, zajęta dwoma chorymi.
A Ty ile masz lat? To czasem zmienia punkt widzenia.
-
2015/10/07 19:17:41
Irsilo, wiem, rozumiem, dlatego właśnie pisze, że inwestuję w swoje zdrowie, i ze kiedyś, gdy już nie będę mogła uprawiać swoich warzyw, to zdrowie mi zaprocentuje. W tym rzecz, że dopóki mogę, próbuję z tego korzystać, a wszystko może się zmienić z upływem lat. Ale teraz rezygnować z tej możliwości byłoby chyba lekkomyślnością, bo zdrowie jest najważniejsze.
-
2015/10/07 21:13:21
A siej i orz tę ziemię, którą otrzymałaś.
Ja nie dostałam żadnego spadku, to nie wiem jak to jest z darowanym.
U nas na działkach ludzie jarzyn raczej nie uprawiają.
Ot kwiaty posadzą, trawę posieją i odpoczywają, jakieś krzaki jeszcze.
Mi dawno przeszło rycie szpadlem, sianie pietruszki, marchwi, bobu,
które w końcu marne były.
Trzeba mieć jeszcze piwnice by to przechować.
Już się nie będę wtracała.

-
2015/10/07 21:25:47
Ależ Ty dziwna jesteś, Irsilo. Przedstawiam swój punkt widzenia, a Ty się obrażasz. Przecież pisałam, ze całego pola nie będę uprawiać, bo na to ani sił, ani czasu nie mam, a cóż to szkodzi mieć ogródek. Różnica polega między nami tylko na tym, że Ty masz w ogródku kwiaty, a ja warzywa.
-
2015/10/07 21:40:55
Wiem co to mieć ogród, trochę doświadczyłam.
Taki wokół domu i owszem ale z dojazdem i z oczu, to nie.
Czytam o tym tylko, przeróżne blogi na ten temat,
dlatego i z tego powodu, również Ciebie.
Pewna pani, obserwując mnie kiedyś w ogródku,
powiedziała mi, że gdybym ogród miała,
to bym się na śmierć zaharowała.
Dobrze, że w porę się opamiętałam i trupiarka po mnie nie przyjechała.
Moja kuzynka przez ponad 10 lat dojeżdżała do pracy ponad 40 km codziennie..
niby własnym autem, ale nieraz busem.Samotna, bezdzietna, niezamężna, to i siły miała.Nie chciała mieszkania w mieście kupować ani wynajmować,
tak jej dobrze u mamusi było, ogródek też lubi.
Teraz od niedawna na zasiłek przedemerytalny przeszła.
Znak to, że wieś trzyma.
-
2015/10/08 16:43:26
Na pewno masz doświadczenie w pracy ogródkowej, bo twój ogród jest zadbany, przemyślany i wciąż w nim coś poprawiasz. Życie na wsi ma pewne plusy, których nie mam w mieście, ale i odwrotnie. Wszystko zależy, co okaże się ważniejsze: bliskość sklepów, zakupów, lekarza, mieszkanie w bloku, czy raczej większa przestrzeń, swoboda na podwórku, satysfakcja z własnych upraw, nawet najmniejszych. Jeszcze nie zdecydowałam, choć ziemi nie sprzedam. Prędzej wydzierżawię, jeśli będę musiała.
-
2015/10/08 17:25:45
Nie wyobrażam sobie palenia w piecu,
nie na moje siły już.
W mieście spory czynsz płacę,
ale wygodę ze wszystkim mam.
Ostatnio mi grzeją gdy zimno już.
-
2015/10/09 00:04:37
Ja dogrzewam piecykiem olejowym. Wciąż nie grzeją w kaloryferach. Na wsi mam dwa piece do rozpalania, gdy nocuję, a jeśli chcę jeszcze coś dłużej porobić w starej chałupie, to i tam palę pod blachą w kuchni. Drewna mam dużo, węgla nie używam.