Opisać świat nie jest łatwo, opisać nonsens - niemożliwe. Lasciate ogni speranza, voi chentrate.
Kategorie: Wszystkie | absurdy | poglądy | prowincja | słownik | złoty środek | życie
RSS
sobota, 23 lutego 2019
Prawdziwe istnienie

Zastanawiające, ludzie naprawdę godni podziwu, prawdziwi artyści, jak Penderecki, niedawno zmarły Dwurnik, naukowcy i odkrywcy, jak Wolszczan, Heller i inni podobni nie mają jakichś instagramów, fejsbuków, nie wrzucają setek zdęć dziennie, nie tłitują namiętnie co pięć minut. Czyli jakby ich nie było. Bo przecież, jak mówią, jeśli nie ma cię na fb, nie istniejesz. Sadzę, że ci ludzie są bardziej obecni w świecie niż cała armia pretendentów do sławy, którzy dzień w dzień rozpaczliwie zabiegają o uwagę świata. Ci współcześni celebryci, dzień bez pozowania na ściance, to dzień stracony. Chyba mi ich trochę żal. Tylko trochę, ostatecznie nikt im nie każe. Jak bardzo trzeba nie mieć głębszych zainteresowań, jakichś podstawowych zdolności intelektualnych, żeby za jedyną aspirację życiową przyjąć bycie sławnym" za wszelką cenę. A może jakie trzeba mieć mniemanie o sobie, żeby zaśmiecać internet sobą, swoim życiem-nieżyciem, zadręczać ludzi (o ile czytają, śledzą, oglądają) cały czas tylko sobą. Straszne! Z drugiej strony ci, którzy znowuż te osoby śledzą na ich stronach, instagramach i innych, też nie bardzo mają czym zapełnić swoje życie, skoro wystarcza im życie cudze. Nie wiem, co straszniejsze: wrzucanie zdjęć swoich posiłków przez cały dzień czy komentowanie tego. Oczywiście to tylko przykład, rzecz może dotyczyć całego szeregu tematów: spacerów, zakupów, ubiorów, remontów, życia osobistego, doświadczeń seksualnych, rozmów małżeńskich, siedzenia w siłowni, zabaw z psem (kotem).... No i temat numer jeden pod hasłem "jak pięknie wyglądam".  Straszne! Kiedyś był taki kabaret Loża 44. W jednym odcinku pewien przybysz z prowincji chciał w Rzymie pójśc jak Neron śpiewa publicznie swoje poematy. Przyjaicel mu to odradza, ale ten nie daje się odwieść od zamiaru. W końcu przyjaciel go pyta: "Słuch masz?" - "Nie mam" - odpowiada. - "Na poezji się znasz?" - "Nie." - "To możesz pójść" - stwierdza.  Tak samo dzisiaj: nie mam talentu, nic nie umiem, na niczym się nie znam, to w sam raz, żeby zrobić karierę w internecie. Bo żeby zrobić w świecie realnym, trzeba czegoś więcej. 

sobota, 16 lutego 2019
Z braku czasu i siły krótkie nic

Jak to jest, że kiedy wiosna nadchodzi, mnie ubywa czasu? Zdobyłam się - chyba ostatnim rzutem na taśmę - zaprosić koleżankę, z którą nie widziałam się parę miesięcy, a mieszkamy w jednym mieście. Tym razem to ona zadzwoniła, bo jak ja się odzywałam poprzednio, to nie miała czasu. I na tym koniec rozrywki. Teraz to już tylko harówka przede mną. Łącza się przepalają. Nie nadążam z odpisywaniem na e-maile, smsy i wysyłką dokumentów. Jakiś kataklizm się zbliża czy co? Wszystko nagle przyspieszyło. I z doniczki wyłażą kwiatki, muszę przesadzać, bo się nie mieszczą. Cały dzień spędziłam na wyjeździe służbowym, wróciłam padnięta i wypompowana. A siostra pyta czy jutro do niej przyjeżdżam, bo z kolei w poniedziałek mamy razem jechać... i tak dalej. Nie wiem, naprawdę nie wiem, jak przetrwam.  Chciałabym zasnąć i obudzić się na przykład za miesiąc. Ale wtedy będzie jeszcze gorzej. I tak źle i tak niedobrze. Znak naszych czasów, człowiek jest ciągle zagoniony i wiecznie zmęczony. Pracuje na urlop, a na urlopie goni dalej. Z całego tygodnia tylko jeden wieczór pozostaje jako tako najprzyjemniejszy: piątkowy. Kiedy juz jest po całotygodniowej pracy z perpsktywą wolnego, a przynjamniej wolniejszego weekendu. Mnie się dzisiaj wolna sobota nie udała, bo wyjazd służbowy, ale w zasadzie piątek wieczór i tak nie robiłam totalnie nic. 

poniedziałek, 04 lutego 2019
Drenaż

Cały śnieg z poprzednich dwóch tygodni stopniał. W mieście to jeszcze, jeszcze, ale na wsi oznacza to błoto wszędzie, mokrą ziemię, w której lgną buty, kałuże w każdym dołku na podwórku, mokre liście i mokre daszki na ulach. Moje stare walonki mają dziury i tylko czekać jak się rozlecą. Trzeba odwiedzić jarmark i zrobić zakupy na nowy sezon. Bo sezon chyba już się zaczyna. W weekend było chwilami ponad 10 stopni i pszczoły postanowiły wyjrzeć na świat. Zwłaszcza z jednego ula wyległy gromadnie, cały wylotek zatkały, kotłowały się mocno. W innym odbywało się sprzątanie, bo wynosiły na zewnątrz martwe osobniki. Przynajmniej wiem, że w tych dwóch ulach żyją i mają się dobrze. Nie tak, jak z pewnymi osobami, które przepadły w czarną dziurę i żadnego świadectwa istnienia nie dają. Do jednej pisałam e-maile przez pół roku, pytałam, co się dzieje, wysłałam kartkę na święta, wysyłałam smsy. Zero rekacji. W końcu za którymś razem się dodzwoniłam. Co się okazało? Po prostu jej się nie chciało. Zwyczajnie nie chciało jej się odpowiedzieć, choćby wysłać sms: żyję, mam się dobrze, skontaktuję się później. Mieszkamy 500 km od siebie, zdalne kontakty to jedyna w tej chwili możliwość wiedzieć, co dzieje się u każdej z nas. A jednak i to dla niektórych bywa za trudne. A może to zmęczenie życiem? Akurat to rozumiem, bo bywa, że wieczorami padam bez życia. Tylko że u mnie to wynika z pracy i dodatkowego "etatu" na wsi na działce. A ona jest emerytką, sprawną wciąż i bez obowiazków rodzinnych w sensie, że dzieci dawno samodzielne i wnuki odchowane. Ma czas dla siebie tylko. A znamy się prawie 20 lat, czyżby już za długo? Zawsze twierdzę, że pewne znajomości, przyjaźnie, relacje międzyludzkie się wyczerpują. Kiedy już obie strony niczego od siebie nie mogą ofiarować, kiedy rutyna przysłania każdy gest i słowa, drugi człowiek nie porusza żadnych emocji, kontakty stają się zbędne, maleje potrzeba wzajemnej wymiany. Każda relacja jest bowiem wzajemna: obie strony muszą się czuć usatysfakcjonowane, czerpać korzyści, oczywiście nie w sensie materialnym. Dla mnie najlepsza relacja to taka, w której się rozwijam. Rozwijam się intelektualnie, emocjonalnie, psychicznie. Jeśli drugi człowiek nie stymuluje mnie w tych obszarach, nie ma sensu nawiązywać znajomości, ani  nie ma sensu jej ciągnąć. Być może to ja przestałam odpowiadać potrzebom mojej dalekiej znajomej. Trudno. Bez problemu pogodzę się z tym, zachowując dobre wspomnienia, tylko chciałabym to wiedzieć. Inna przyjaciółka, ta akurat mieszkająca na sąsiedniej ulicy napisała mi mejla, że odcina się do świata, zamyka drzwi, nie ma jej dla nikogo, musi zadbać o swoje zdrowie i nerwy. I w porządku, wiem, na czym stoję.  Nie narzucam się, poczekam na lepszy czas. Sama zadecyduje, czy już może wrócić. Miała już taki etap i rozumiem, że jej to potrzebne. O ileż mnie byłoby domysłów i nieporozumień, gdyby wszyscy umieli jasno wyrażać swoje potrzeby. 

niedziela, 27 stycznia 2019
Niech nie wie lewica, co czyni prawica

Nie ma obawy, nie o polityce będzie. Choć dzisiaj wszystko, dosłownie wszystko podciągnięte zostaje pod działania polityczne. Zdanie w tytule jest parafrazą cytatu z Ewangelii:

Mt 6, 1-6. 16-18: Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie. Kiedy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak obłudnicy czynią w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili. Zaprawdę powiadam wam: ci otrzymali już swoją nagrodę. Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu.

Słowa te są bardzo mi bliskie. Dlatego okropnie nie lubię, gdy współczesna pogoń za medialnością propaguje różne akcje jako show i rywalizację, kto da więcej. Czuję zażenowanie, gdy słyszę, czytam o kolejnym "biciu rekordów". O co w tym chodzi? O pomaganie czy o wpisy do Księgi Guinessa? To już nie jest uczciwe wspomaganie potrzebujących, tylko kreowanie własnej wielkości poprzez medialną szopkę. Budowanie własnego "dobroczynnego" ego w świetle kamer i poklasku jest po prostu żałosne. Nie akceptuję takiej formy charytatywności, bo ono uwłacza godności ludzi, którym chcemy pomagać, traktując ich przedmiotowo, jako przyczynek do autokreacji. Chwalenie się swoim udziałem w tej czy innej akcji, upublicznianie wysokości wpłat, nagrywanie jak wrzucamy datki do puszek i publikwoanie potem na portalach społecznościowych... czyż nie zakrawa na pychę? Jacy to dobrzy jesteśmy? Jacy wielkoduszni? Jeśli chcesz być naprawde wielkoduszny, zrób to w ukryciu, żeby nikt nie widział. Wtedy pokażesz, że naprawdę zależy ci na tym drugim człowieku, a nie na sobie i kreowaniu swojego wizerunku. Dlatego i te wszystkie serduszka, żonkile, nalepki wręczane darczyńcom podczas zbiórek wzbudzają mój niesmak. Naklejam taką nalepkę, niosę ten kwiatek i oto publicznie się chwalę, jaka jestem dobra, jaka wspaniałomyślna, bo wrzuciłam datek. Nigdy czegoś takiego nie nakleję i nie będę paradować po ulicy ani tym bardziej przed kamerami.  To nie jest manifestacja dobroczynnosci, tylko pokaz dumy, pokaz pychy z własnych uczynków. A media nakręcają ten cyrk, publikując kto dał więcej w licytacjach. Dziwne, że co roku w poświątecznym czasie wizyt kolędowych odzywają się w mediach głosy krytyki pod adresem księży, którzy publicznie wyczytują parafian, ile kto dał w kopercie. A czym to się różni od publicznego licytowania się, kto zebrał więcej do puszki WOŚP, kto zapłacił najwięcej w licytacji tego czy innego przedmiotu? Przecież to to samo. Słowem, hipokryzja. Nie akceptuję zarówno jednego, jak i drugiego. Ale wiadomo, czemu to służy. Psychologiczne jest to uwarunkowane siłą presji społecznej: słyszymy, że ktoś tam ileś dał, będą nas porównywać, więc też dajemy. I za każdym razem chodzi o nasze dobre samopoczucie, żeby inni o nas i żebyśmy my sami mieli o sobie dobre mniemanie. Żeby nas nie wytykano palacami. Żeby nas podziwiano. A dzisiaj dochodzi do tego jeszcze unikanie powszechnego hejtu w internecie. Trzeba wielkiej odwagi, żeby działać w ukryciu i anonimowo. Wtedy wierzę, że to jest naprawdę z potrzeby serca. Nie pod publiczkę, nie pod presją krytyki społecznej, nie dla stworzenia pozorów dla swoich ambicji i wielkiego ego, żądnego sławy i podziwu. Wierzę, że tacy ludzie są: wielkoduszni po cichu, anonimowi, ewangeliczni. Niech nie wie twoja lewa ręka, co czyni prawa... Niech nikt się nie dowie. Dobro przetrwa bez twojego nazwiska i zdjęcia na fejsie. 

środa, 23 stycznia 2019
Choinka wciąż mruga światełkami

Myślałam sobie, po kolędzie ją rozbiorę, bo i tak ledwie stoi, igły się sypią. Wciąż nie mam czasu, a może ochoty. No i stoi jakoś, świeci, tylko piernikami nie pachnie, bo wszystkie zjadłam. W tym roku mało miałam naprawdę świątecznego czasu. Nie zdążyłam właściwie tych świąt poczuć, posmakować. Dlatego może teraz przedłużam ten czas?... Jeszcze w niedzielę na koncercie kolęd byłam. W dużych miastach nadal świecą świąteczne iluminacje. W moim małym miasteczku już nie, tylko na prywatnych domach migają światełka, a miejskie ozdoby wzdłuż ulic wyłączono. Nie wiem, jak z choinką na Rynku, bo tam nie byłam. Dni są upchane do granic. Codziennie coś się dzieje ponad zwyczajność. Od ponad tygodnia zwalczam skoki ciśnienia i bóle głowy. Obeszłam już wszystkie apteki i sklepy zielarskie wykupując ziołowe tabletki i herbatki na obniżenie ciśnienia. Piję i zażywam codziennie. Nie, na razie nie idę z tym do lekarza. W poprzednim tygodniu nic nie pomagało na ból głowy, żeby pójść do pracy łyknęłam tramadol i jakoś przetrwałam. Ale później już było lepiej. W niedzielę byłam na koncercie i spotkałam się z dawno niewidzianą koleżanką. Przegdałyśmy ponad dwie godziny. W poniedziałek zrobiłam wypad do księgarni i wydałam stówkę na sześć książek  z promocji. To znaczy pięć było w promocji, a jedna w normalnej cenie. We wtorek siedziałam dłużej w pracy, trochę markotno i w zdumieniu. Zanosi się na redukcje, walczymy o przetrwanie.  Czas, naprawdę najwyższy już czas poważnie zastanowić się nad szukaniem innej pracy. Albo uzyskać inne kalifikacje, żeby stąd wybyć. Tylko to trochę potrwa, bo przecież nie będę robić kursu na wózek widłowy, tylko trzyetapowy kurs z egzaminem końcowym w sumie za jakieś 3-4 tysiące. A jeszcze dojazdy? Noclegi?Znowu biorę tabletkę przeciwbólową. Czytam książkę. W pakiecie promocyjnym, ktory kupiłam, zakradła sie pomyłka. oczywiście z mojej winy. Zamiast wziąć dwie częście jednej powieści, wzięłam z dwóch różnych powieści po jednej części. Chodziłam dzisiaj wymienić. A wiatr akurat się zerwał i mróz przenika na wylot.  patrzę na swoje buty - zwykłe kamasze nieocieplane. No tak, dwa dni temu jedną parę zaniosłam do szewca, a drugą rozniosłam doszczętnie na oblodzonym chodniku i musiałam wyrzucić. Mam jeszcze śniegowce, a tymczasem śniegu już nie ma. Jutro mam wyjazd, nie wiem, w czym pojadę w takim razie. Buty od szewca odbiorę dopiero w piątek. No ale u fryzjera byłam. Zawsze to jakieś przygotowania poczynione, żeby pokazać się ludziom. Niech patrzą na moją koafiurę a nie buty. Wieczorem dostaję tragiczny sms: brat mojej koleżanki z pracy zmarł nagle na zawał serca. Był za granicą, teraz rodzina potrzebuje pomocy w sprowadzeniu ciała do Polski. Chłopak dwukrotnie młodszy ode mnie. Co się dzieje na tym świecie?...

poniedziałek, 14 stycznia 2019
Od blogu do przyjaźni?

W dzisiejszych czasach lajkowania się nawzajem na społęcnzościowych profilach prawdziwa przyjaźń mocno się zdewaluowała. Kilka lat temu, gdy jeszcze miałam konto na Facebooku, była tam taka opcja "zaproś do grona swoich przyjaciół" czy coś takiego. Nie wiem, jak to wygląda dzisiaj, bo konto zlikwidowałam, ale nadal słyszę, że użytkownicy na wielu portalach czy stronach, także blogerzy, rywalizują liczbami lajków, polubień, wejść i komentarzy, jakby to decydowało o wartości profilu. Tysiące wejść na blog czy profil to automatycznie tysiące przyjaciół? Wielbicieli? Fanów. O, nie, to stanowczo za mało. Teraz już liczą się setki tysięcy śledzące czyjś profil. Mówiąc szczerze, to jednak przerażające, gdy śledzą cię tysiące osób komentując każde twoje zdanie, zdjęcie (jeśli wrzucasz zdjęcia), poranny strój czy wieczorną nudę. Jest się wystawionym na permanentną ocenę wszystkiego i przez wszystkich. Rodzi się pytanie, czy rzeczywiście chcemy być oceniani? Wystawianie się na ocenę i ocenianie z góry jakbyśmy mieli do tego nadrzędne autorytatywne prawo opisywał już Gombrowicz w "Ferdydurke" jako proces upupiania.  Czyżby więc ci wszyscy ekshibicjoniści aż tak bardzo tęsknili do czasów szkolnych, wystawiając każdy swój ruch pod ocenę świata? Ocena taka wyklucza jednak prawdziwą relację przyjaźni. Bo przyjaźń może być tylko dwustronna. O ile zakochać się można jednostronnie, o tyle zaprzyjaźnić się można tylko za obopólną zgodą. Jeśli jedna strona tylko eksponuje siebie, a druga tylko ocenia i komentuje, to o żadnej przyjaźni nie może być mowy. To jest relacja uczeń-belfer, jak to opisywał Gombrowicz. Dostęp do możliwości autoprezentacji w sieci idzie w parze z postępujacą infantylizacją relacji międzyludzkich. Nie wierzę w przyjaźń poprzez internet, przyjaźń blogową, facebookową i tego typu namiastki bezpośredniego kontaktu. Unikam jak ognia przenoszenia relacji internetowych do świata realnego. Kiedyś w pewnym gronie blogowych komentatorów ktoś rzucił hasło spotkania się w realu. Zostały wyznaczone czas, miejsce, okoliczności. Nie pojechałam. Po co? Nie chcę poznawać osób, których blogi czytam, komentuję wpisy, którzy czytają moje wypociny i też czasem coś tam skomentują. Doskonale rozróżniam, że każdy z nas na blogu pisze tylko o wycinku swojego życia, o wycinku swojej rzeczywistości, o tym, co chce ujawnić. I doprawdy wcale nie zależy mi na tym, by tę wiedzę o sobie nawzajem poszerzać, poznawać inne aspekty życia jakiegoś autora blogowego, ani też nie chcę ujawniać więcej o sobie. Nie mam zapędów do wgryzania się w czyjeś życie tak dogłębnie tylko dlatego, że znajdujemy kilka interesujących nas tematów, na które wymieniamy uwagi na blogach. Nieopatrznie kiedyś zgodziłam się na poznanie osobiste osoby, którą poznałam poprzez nasze blogi. Coraz częściej tego żałuję. Dlaczego? Ponieważ pisząc pod pseudonimem, stosując nick i nie zdradzając adresu, chcę nadal tak samo blog prowadzić, a ta osoba zaczęła w komentarzach u mnie używać mojego imienia. Uważam, że to nie porządku, muszę usuwać te komentarze. Tak samo zdarzyło się, że komentując u mnie ta osoba raz czy dwa odwołała się do przywoływywania pewnych informacji na mój temat, których teraz jest świadoma, gdy mnie poznała bezpośrednio. Oczywiście nie robi tego złośliwie, broń Boże! Ona to robi bezwiednie, niejako mimochodem, chcąc być miła. Ale jest problem: nie umie rozgraniczyć treści blogowych od treści z życia prywatnego. I w tym sęk. Ja nie prowadzę życia towarzyskiego na blogu, gdy tymczasem widzę, że taki trend istnieje. Są wspólne uroczystości, obchodzenie imienin, urodzin, rocznic założenia blogu, wynurzanie się na tematy prywatne, opisywanie spraw wręcz intymnych i oczekiwanie reakcji zwrotnej. Takie relacje buduje się w realnym życiu, a nie w publicznej sieci. 

sobota, 12 stycznia 2019
Dzień na wsi

Najwyższy czas był pojechać. Przegląd zrobić. Wszędzie śnieg po kolana :-) Odezwała się we mnie dusza dziecka. Nawet zbieranie śniegu ze strychu, gdzie nawiało przez dziurawy dach ani machanie łopatą, żeby dojście do drzwi zrobić, nie zepsuło  mi humoru. Przewaliłam chyba z tonę tego śniegu aż mnie ręka i kręgosłup bolą. Śnieg mokry, lepki, idealny na lepienie baławana, ale już zabrakło mi sił. Wydeptałam za to ścieżki po jednej i po drugiej stronie obejścia. Nawet spacer w stronę pola zrobiłam. Przez żnieg. Żadnych ludzkich śladów, parę tropów zajęcy. Przy domu oczywiście sikorki. Wygrzebałam spod śniegu ptasie patelnie na wodę i zaraz się zleciały do wodopoju. I ja sobie też herbatę z miodem zrobiłam. O dziwo, jabłka przechowują się dobrze. Ani jedno nie było zepsute, a myślałam, że będę musiała przebierać we wszystkich skrzynkach. Popatrzyłam tu i tam, musiałam wracać. A tak chciałoby się pozostać. Nawet wieczorem na księżyc popatrzeć nad ośnieżonymi polami. Rano na pewno mnóstwo ptaków przylatuje do jedzenia. Nie da się, jeszcze się nie da. Dopóki ogrzewania i wody na zimę nie będę miała, tylko jednodniowe wycieczki mi pozostają. A tak tu cicho, spokojnie, daleko od świata...

poniedziałek, 07 stycznia 2019
Współczesne biblie

Czytam jakąś podrzuconą książkę, typu poradnik motywacyjny i inne bzdety. Nie lubię takich. Drażnią mnie okropnie powtarzanymi w kółko takimi samymi radami, jak "  Zrób to dziś", "Zrób to teraz", "Postaw pierwszy krok", "Uwierz w siebie"... Robi mi się nieodbrze, gdy to czytam. Jeszcze bardziej dziwi mnie, że ludziom się to podoba. Wszyscy wokół starają się deklarować swoją niezależność, poczucie wolności, dorzucajanie autorytetów. Żyjemy w kulturze wolności, która nie znosi dyrektyw, nikt nie uznaje danwych mistrzów ani nauczycieli, a tu proszę, ktoś pisze "Zrób to" i ludzie łykają takie proste instrukcje. Jakaś niespójność w tym siedzi. A okazuje się, że takie ksiażki mają ogromne wzięcie i z rozmów z kilkoma osobami dowiedziałam się, że wszyscy wokół akurat tę książkę już czytali. To gdzie ta ich niezależność ja pytam. Gdzie Indywidualne dążenie do włąsnej prawy, własnych roziwązań? Sprawdziłam, kto jest autorem - nie żaden autorytet naukowy, np. w dziedzinie psychoneurologii, czyli znawca procesów pracy mózgu i podejmowania decyzji. Bynajmniej, to tylko jakaś babka, która postanowiła zostać pisarką. Noż, litości! Nie rozumiem współczesnych ludzi. Bez przerwy słyszy się deklaracje: "Jetsem urodzonym buntownikiem/buntowniczką",  "Moi rodzice nie mogli mnie okiełznać", "Nie cierpię, jak ktoś mnie poucza", Niech państwo/kościół/szkoła/telewizja/dzienniakrze/księża/uczeni/badacze/ politycy (wstawić dowolne) się nie wtrąca do moje życia!" No i świetnie, każdy deklaruje swoją niezależność myślenia i podejmowania decyzji. Na pozór. Potem idzie do domu i czyta jak wyrocznię książkę, która roi się od nakazów i poleceń. Gdzie sens? Gdzie logika? No i gdzie ta deklarowana wolność i niezależność osobowości? Wszystko kłamstwo i pod publiczkę. Jakaś totalna hipokryzja. Głośno wrzeszczą, że nie uznają niczego i nikogo, a po cichu  pod kołdrą szukają łopatologicznych nakazów porządkujących życie. Co tu nie gra? Najpierw odrzuciło się wszystko: dorobek wieków, bo niemodny i anachroniczny, tradycję, bo zaściankowa, autoprytety, bo zdyskredytowane i przestarzałę, a teraz byle kto postanawia zostać pisarzem/pisarką i zostaje guru dla tysięcy rzekomych "buntowników". Żałośnie to wygląda.

Obiecałam, że przeczytam tę książkę, to przeczytam. Tylko co potem powiem, nie wiem. Ktoś traktuje ją jak biblię codziennego życia, jak podręcznik szczęścia, nie zważając, że ludzie są różni i my sami musimy znaleźć drogę dla siebie. Dziwne to i chyba smutne. 

poniedziałek, 31 grudnia 2018
Płynne zmiany

Ojojoj, rok się skończył? Coś takiego! Podczas ostatnich odwiedzin na wsi udało mi się pójść na spacer do lasu. Nie było to takie oczywiste, bo w pewnym momencie, gdy wycinałam leszczynowe odrosty, zaczęło padać. Na szczęście przestało dość szybko. Posprzątałam patyki, przebrałam jabłka w piwnicy (ładnie się przechowują), obleciałam korytarze i pokoje, zajrzałam do starej chałupy nawet. O, najważniejsze, ponieważ ziemia nie ejst zamarznięta, przywiozłam taczkę z kompostu na wiosenne rozsady papryki. No jak to się kołem wszystko toczy: niedawno zwoziłam wszystko z pola, przetwóstwo uprawiałam, kopałam w ogródku, okręcałam róże na zimę, a tu już trzeba myśleć o rozsadach na nowy rok. Ani chwili nie można zapomnieć, że ma się to wiejskie zaplecze. Jeżeli chce się oczywiście uprawiać swoje. Bo jak patrzę na inne gospodynie i gospodarzy, to niektórzy zimą tylko żywym inwentarzem się zajmują. Coraz więcej osób kupuje gotowe sadzonki na targu w domu nie bawiąc się w wysiewanie i pikowanie. Żeby tylko sadzonki kupowano! Ale że na wsi kupuje się mleko, śmietanę i twaróg w sklepie, to wciąż dla mnie niepojęte. Mam na myśli gospodarstwa, w których są krowy! Tak więc najpierw się krowę utrzymuje, hoduje, oczywiście trzeba ją zacielić, żeby potem miała mleko, to mleko się odstawia do mleczarni, a potem idzie się do sklepu i kupuje mleko w plastikowej butelce, śmietanę w plastikowym kubeczku i biały ser w folii. Gdzie sens, gdzie logika? A potem widzę, jak przed posesjami wystawiane są po dwa, trzy worki z plastikowymi odpadami. I jak na tym świecie ma być dobrze? Czysto? Okazuje się, że nowy wójt ogłosił przetarg i spowodował, że zmienia się w nowym roku firma odbierająca śmiecie.  Nowa firma znajduje się w mieście odległym dwa razy dalej niż poprzednia. Ale skoro wygrała przetrag, widocznie zaproponowała niższą cenę. No nie wiem, jak to możliwe. Sam koszt dojazdu jest przecież dużo wyższy. Stawki na odbiór rzecz jasna będą nowe, ale  jeszcze nie wiem, jakie. Na wsi takie informacje przekazuje mieszkańcom sołtys wysyłając taką wędrujacą karteczkę, która jest przekazywana z domu do domu, a mnie tam teraz nie ma na co dzień. Na razie to niepilna sprawa, bo na pierwszy kwartał zawiesiłam odstawianie śmieci z powodu niebecności w gospodarstwie. Jak się zrobi ciepło, podpiszę nową umowę. Tymczasem tylko wpadam na dozór, zawieszam jedzonko dla ptaszków, sprawdzam ule, coś tam powycinam, poukładam, pogapię się. Dwa dni temu wszystko było mokre. Po deszczach. Ale poszłam do lasu i tam nawet mniej wody w glebie. Tylko w wyżłobionych koleinach drogi stały kałuże, ale samo leśne poszycie nawet, nawet. Cicho było bardzo. Żadnego ptaka, nic. Na polach też cisza. Nie to, co latem. Dobrze, że chociaż dzwony biły na Anioł Pański, akurat gdy szłam przez pola, zawsze jakaś oznaka życia od strony wsi. I psy szczekały. Jak to Miłosz w wierszu pisał "i psami w olszynach zanosi się wieś". Między ostatnim dniem grudnia a pierwszym stycznia nie będzie żadnej różnicy w przyrodzie. To tylko człowiek potrzebuje dat, granic, cezur, przedziałów i podziałów, rozliczeń. W przyrodzie życie toczy się płynnie, niezauważalnie. Zmiany następują ewolucyjnie. Nic nie dzieje się skokowo, chyba tylko trzęsienie ziemi ;-) No ale w tym naszym małym ogródku natura zasypia powoli i powoli będzie się budzić. Po co przerywać ten proces jedną nic nieznaczącą godziną w środku nocy? 

środa, 26 grudnia 2018
Żarłoczność

Dopiero drugi dzień świąt, a od rana - zresztą jak co roku - na portalach pojawiają się porady, co zrobić z niezjedzoną żywnością. Jak ją spożytkować, komu ewentualnie oddać, żeby nie wyrzucać. Serio? Ludzie naprawdę mają problem z nadmiarem jedzenia pozostałym po wigilijnej kolacji i świątecznym obiedzie? Nie zrozumiem tego nigdy, że można AŻ TYLE przygotować, że nie ma komu tego zjeść. To po co było tyle robić? Ale do kogo ta mowa, skoro przed świętami zapanowała wręcz ogólnonarodowa histeria zakupowa i kto żyw nawiedzał z obłędem w oczach markety, z których wywożono wózkami góry jedzenia. Jakby szykowano się na wojnę. I ktoś tu śmie narzekać na powszechną biedę? Na ubożenie społeczeństwa? Ktoś śmie potem wylewać żale jak to mu ciężko koniec z końcem związać, od pierwszego do pierwszego dożyć? Że mu brakuje na podstawowe potrzeby? Gdyby zsumować liczbę zapchanych przedświątecznych koszyków i te nagminne narzekające opinie, komentarze o tym, jak w  Polsce jest źle i biednie, wyszłoby, że mamy dwa razy więcej obywateli niż to zapisane w systemie PESEL. Bo to ci sami ludzie są: wiecznie narzekający na niedobory finansowe i zawsze żarłocznie pchający te wózki z żarciem nie do przejedzenia. Skoro ich nie stać, za co kupują? W dodatku kupują za dużo, o wiele więcej niz potrzebują.  Wiecznie na kredytach i pożyczkach ponad stan, ponad potrzeby. "Nie chodzi tylko o kredyty hipoteczne, ale też o zadłużenie na kartach kredytowych. Jest ono pod pewnymi względami bardziej niebezpieczne, bo wyżej oprocentowane" - mówi dr Hanna Szymborska w doskonałej analizie współczensego zagrożenia ogólnoświatowym kryzysem ekonomicznym. Ogólny podział PKB pomiędzy kapitał i pensje pracowników od lat jest mocno zachwiany. Rośnie rozziew, który - nie ma siły - musi doprowadzić do buntu. No ale skoro wolny rynek na to pozwala, to jakże ma być inaczej? Bogaci się bogacą, a klasa średnia i niezamożni stoją w miejscu. Tymczasem żarłoczność jest jednakowa u wszystkich. Tylko gdy ten bogaty wywali konterner nieprzejedzonej żywności, jutro kupi kolejne produkty, a niezamożny wywali, a rano nie będzie miał czym dzieci nakarmić i będzie narzekał na biedę i niesprawiedliwość. 

Żarłoczność - to cecha czysto ludzka. Najeść się, posiąść, zagarnąć więcej niż się potrzebuje. Żadne zwierzę w stanie naturalnym nie przejada się. Może się to zdarzyć kotom czy psom, gdy człowiek nie zapewnia im odpowiedniego ruchu, karmiąc do oporu. Wtedy zwierzę traci naturalny instynkt chroniący przed utyciem. A człowiek? Człowiek chce się zawsze nachapać więcej niż jest w stanie ogarnąć: więcej jedzenia niż jest w stanie zjeść; więcej majątków, mieszkań, domów, gdy przecież może mieszkać tylko w jendym; więcej samochodów, mimo że może jechać tylko w jednym; więcej telewizorów, laptopów, komórek, smartfonów, kuchenek indukcyjnych, mikrofalówek, zmywarek, pralek, robotów kuchennych, mikserów, kawiarek i ekspresów do kawy, sokowirówek, wyciskarek, blenderów, wiertarek, wkrętarek, breloków, gadżetów, zabawek, których czasem użyje raz albo dwa i się znudzi. Więcej ziemi, choć nie jest w stanie jej objąć wzrokiem, opasać rękami i na niej pracować. Więcej. Więcej, więcej i więcej. 

"Człowiek stał się chciwy i żarłoczny. Wydaje się, że dla wielu ludzi posiadanie, napełnienie się rzeczami stanowi sens życia. Nienasycona chciwość przenika ludzką historię" - dodam, że nie tylko historię w sensie globalnym, ale nawet w wymiarze  indywidualnej egzystencji.  

 

środa, 19 grudnia 2018
Takie tam

Karteczkę jedną mam świąteczną przygotowaną, ale nie wysłałam jeszcze. Powinna polecieć dawno, nigdy nie zdążam. W zapasie jeszcze kilka znaczków, tylko nie wiem, na co i komu przykleić. Z roku na rok coraz mniej. Przez jakiś czas przerzuciłam się na kartki wirtualne, sama projektowałam. Jakiś stosowny obrazek, wklejałam własne życzenia, a  nie z gotowca, rozsyłałam na mnóstwo adresów. Od większości nie dostawałam nawet informajci zwrotnej, że doszło, że ktoś przeczytał. W tym roku chyba nie będę się w to bawić. Brak pomysłu i nachnienia. Ograniczanie znajomości na odelgłość. Czasami bywa tak, że z kimś łączą nas tylko te świąteczne kartki. Czy to w ogóle ma sens? Całkiem bez sensu raczej. Bo jeśli nie ammy sobie nic do powiedzenia, żadnych wspólnych przeżyć, spraw do omówienia, żadnych wspólnych emocji, to po co te zdawkowe doroczne kartki? Niekiedy trzymają nas jeszcze wspólne wspomnienia, ale i one tracą na sile. Mam jedną koleżankę z liceum, z którą co roku wysyłamy sobie kartki świąteczne. Od czasu matury, czyli od ponad trzydziestu lat (prawie 35), widziałyśmy się tylko jeden jedyny raz. Kiedyś powiedziała mi, to znaczy napisała obok życzeń, że te moje kartki, a właściwie życzenia, które zawsze sama układałam, najbardziej podobają się jej mamie, która bardzo lubi je czytać. Teraz jej mama nie żyje. Nie wiem, czy moje kartki czyta ktokolwiek. Brak odzewu. Z drugiej strony mam dylemat w kwestii znajomości internetowych. Nie lubie ich przenosić do realnego życia. To inna sfera funkcjonowania i mnie to nie pasuje, żeby na przykład komunikować się internetowo z kimś, z kim mam kontakt bezpośredni. Takim osobom wolę osobiście złożyć życzenia lub, jeśli mieszkamy w jakiejś odległości, wysłać pocztą zwykłą kartkę. Razi mnie, gdy otrzymuje e-mailem powiadomienie, że otrzymałam wirtualną kartkę - którą muszę sobie na jakiejś reklamowanej stronie otworzyć - od znajomej, która mieszka dosłownie po przeciwnej stronie na mojej ulicy! No więc na razie wysłałam dwie kartki w drugi koniec kraju, kolejna trzecia czeka i jeszcze jedną dzisiaj napiszę. To chyba tyle mojej życzeniowo-przedświątecznej aktywności. I może wypadałoby ustroić choinkę.  Stoi gotowa w doniczce. Tylko dzisiaj właściwie będę miała nieco czasu. Jutro być może szykuje mi się wyjazd, a poza tym ostatnie w moim mieście rekolekcje, na żadne wcześniejsze się nie załapałam. Za dużo pracy było. Ciągłe siedzenie po godzinach. Wczoraj był ostatni dzień rekolekcji w mojej parafii, ale wróciłam z pracy o szóstej. No nie da się być przytomnym, zachęconym, radosnym i przygotowywać na święta czyt to duchowo, czy wizualnie i myśląc o wigilijnym stole. 

środa, 12 grudnia 2018
Na krawędzi absurdu

Świat zmierza nieuchronnie w stronę coraz większych absurdów. Nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać. Właśnie ktoś tam (nie pamiętam nazwiska, bo i tak nie znałam wcześniej) zrezygnował z prowadzenia Gali Oscarów, bo iles lat temu powiedział, ze nie chciałby aby jego syn był gejem i jeśli będzie mógł, to go zehcce przed tym uchronić. Oskarżono go o homofobię. Facet miał prowadizć ogólnoświatową imprezę, ale z powodu tych oskarżeń nie będzie, zrezygnował. No litości! Wybaczcie, ale ja też bym nie chciała, aby mój syn był gejem. To jest homofobia? Guzik mnie obchodzi, jak to inni nazywają. Tak samo, jak nie chciałabym, aby np. był głupi i nie mógł skończyć szkoły. To jak to nazwać? Idiotofobia może? A owszem, nie lubię idiotów. Tak samo, jak nie lubię tatuaży na przykład. A co, muszę lubić? Muszę to akceptować? Nie podobają mi się i nie podziwiam wytatuowanego ciała i nie zgodziłabym się na tatuaż mojego dziecka. Estetycnzie mnie to odrzuca. I co? Też jestem fobio... coś tam? To już dzisiaj człowiek nie może mieć poglądów, upodobań, estetycznego i moralnego kanonu, bo jak odstępujesz od powszechnych trendów, to jesteś postawiony pod pręgierz opinii publicznej? Na to wychodzi. Największym złudzeniem współczesnej pseudodemokracji jest dziwne przekonanie, że zapewnia ona wolność poglądów. A jest całkiem odwrotnie: demokracja to społeczny przymus, nacisk na wyzbycie się własnych przekonań i upodobań, na wyzbycie się światopoglądu, który w najmniejszym choćby stopniu różni się od publicystyczno-politycznej klaki głoszonej oficjalnie w mediach. Nie możesz nie lubić gejów, muzułmanów, Anglików, Niemców, Aborygenów, idiotów, analfabetów, wyatuowanych osiłków, wyatuowanych kobiet, "japońskich" kucyków na włosach mężczyzn, tęczowych parad pseudorównosci, demonstrowania na ulicach (a nie, przepraszam, to zależy kto demonstruje - jednym wolno, innym nie), malowanych na czarno paznokci.... Nie wolno mi tego nie lubić? A dlaczego mam lubić? Dlaczego mam lubić to, co wszyscy? Bo demokracja, proszę państwa, wbrew ogólnemu przekonaniu, złudnemu bardzo, nie cierpi różnorodności, lecz zmierza do ujednolicenia. I broń cię Boże, ujawniać, że myślisz, sądzisz, odczuwasz inaczej niż to dopszczalne. Zlinczują się i postawią pod publicznym pręgierzem, zmuszą do rezygnacji ze stanowiska, ogłoszą pariasem.  W imię wolności słowa i przekonań rzecz jasna ;-)

niedziela, 09 grudnia 2018
Jak się wykręcić?

Jak się wykręcić od wyjazdu na święta do... ? Po prawdzie, zwyczajnie mi się nie chce. Chcę być sama, wypocząć, poleniuchować, nic nie musieć. Nie musieć siedzieć przy stole, nie musieć słuchać ani śpiewać kolęd, nie musieć rozmawiać z nikim, nie musieć nawet jeść tych smacznych potraw i ciast. Wcale nie muszę mieć innej kolacji niż zwykle. W ogóle, mogę jeść zwyczajną owsiankę. Albo placka z ryżem. No dobrze, jednego śledzia i chwatit. Kiedyś, dawno temu, moja koleżanka pytała mnie czy zostaję na święta w mieście. Zostawałam, ale nie mogłam jej tego powiedzieć, bo chciała mnie zaprosić do siebie. Wypraszam sobie! Nie po to zostawałam w swoim mieszkaniu, żeby pakować się do kogoś, gdzie przy stole będzie kilkanaście nieznanych mi osób! Zostawałam, żeby odpocząć od ludzi, od zamieszania, od harmideru, od tłoku i hałasu. Cisza. Absolutna cisza. A jak mi się znudzi, właczę cichutko płytę lub radio. Podleję kwiatki. Zapalę światełka na choince. Poczytam książkę. Bez przymusowego zaharowywania się sprzątaniem, praniem, gotowaniem. Dlaczego kobiety tak się zaharowują przed świętami? Jaki to ma sens? Czy to jakieś święto porządku i braku kurzu na szafie? Nie wiem, nie rozumiem. Dlatego nie chce mi się nigdzie i do nikogo jechać. Nie zamierzam nikogo podziwiać za wyszczyszenie domu na błysk, bo to głupota jest a nie powód do dumy i podziwiania. Chcesz, to sobie sprzątaj, powiedz, że tak lubisz, ale mów, że musisz, bo święta, bo goście, bo tradycja. Tere-fere, wcale nie musisz. Ja tam nie muszę i tego nie robię. Lubię święta, nastrój, kolędy, chwile do refleksji, a nie po to, żeby zagłuszyć je paplaniną, gadaniem, hałaśliwymi powitaniami, pożegananimi. Prawdziwe święto, przeżywanie święta potrzebuje ciszy, zadumy, intymności, a nie tłumu i wrzasku, natłoku wrażeń, pogoni za smakami. Calkeim nie tak to wszystko się kręci. 

niedziela, 02 grudnia 2018
Wychodzę z zażenowaniem

Wczoraj tyle razy do mnie dzwoniono, że rozładował mi się telefon. Prawie przez cały dzień to trwało. I nie były to telefony w stylu, że cześć, dawno nie rozmaiwałyśmy, co u ciebie słychać. Albo omówienie ważnych spraw. Najwięcej było takich: "Słuchaj, mam problem, powiedz mi to i tamto" To i tamto, czyli kewstie zahaczające o wiedzę, rozstrzygnięcie pisowni, źródła, sformułowania, opisu, łamania tekstu, znalezienia funkcji w edytorze tekstu, słowem, pierdoły, które można znaleźć w podręcznych źródłach, książce, słowniku czy na byle jakiej stronie w internecie. Łatwiej jest jednak wielu ludziom zadzownić do kogoś, nie zważając na porę, na dzień, że sobota i też mam jakieś plany na odpoczynek, niż poszukać samemu, otworzyć ten cholerny słownik i sprawdzić. Pierwszy telefon z takim pytaniem zadzwonił wczoraj - czyli moją wolną sobotę, kiedy cieszę się, że muszę rano wstawać - o 7:30. Fajnie, nie? Mniejsza z tym, nie spałam już. Ale wciąż mnie zadziwia ignorancja ludzi aspirujących do miana inteligencji, którzy nagle okazują się tacy nieporadni w podstawowych sprawach intelektualnych na poziomie gimnazjum wręcz. A do tego dochodzi jeszcze bardzo wątpliwa postawa osobista, nie chciałabym mówić moralna, ale tak na pograniczu dobrego wychowania, taktu, kultury osobistej. No bo jeżeli absolwentka wyższej uczelni  z tytułem magistra nie wie jak napisać referat to coś nie w porządku chyba jest. Autentycznie zwróciło się do mnie takie dziewczę z prośbą o radę, jak zacząć i od czego zacząć. Inny przykład, doktorant (!) na wyższej uczelni nie potrafiący napisać pełnego adresu bibliograficznego cytowanego artykułu. Przepraszam, czy to jakiś żart? Jakim cudem on magisterium zdobył? Kto mu pracę magisterską pisał, skoro przypisów nie potrafi stosować i bibliografii zamieścić? Dlaczego nikt już nie zwraca uwagi na podstawowe minimum pracy naukowej, czyli umiejętność wyszukiwania i oznaczania źródeł informacji? Przeciez to podstawa! Wyczytałam ostatnio, że w Polsce odbywa się największy drenaż umysłow, ludzi, którzy mają zaplecze intelektualne i naukowe, a wyjeżdżają tam, gdzie im się zaoferuje lepsze warunki. Dotyczy to naukowców, lekarzy, inżynierów. Toteż zostają same głąby chyba, którzy zdania samodzielnie sklecić nie umieją i mamy to, co mamy. Oto jakaś oficjalna uroczystość, na której ma się pojawić szacowne grono gości z instytucji samorządowych, instytucji oświatowych i przedstawiciele wyższych uczelni. I zaraz na wstępie cała radosna gromadka spóźniła się 20 minut. A zebrana publika marzła w jakiejś nieogrzewanej sali. Wstyd, żenada, brak kultury. Brak szacunku dla publiczności. Nikt za spóźnienie nawet nie przeprosił. A potem prowadzący wyczytywał tylko całą tę wierchuszkę z tytułami naukowymi: dyrektor, poseł, senator, inspektor, kurator, doktor, profesor, prezes, wiceprezes, magister....  Spośród tej światłej plejady jedna osoba posługiwała się taką polszczyzną, że kiedy zamiast "umieją" powiedziała "umią", mało z krzesła nie spadłam.  A poźniej kolejna osoba niewłaściwie stosowała akcent w czasownikach 1 osoby liczby mnogiej. A na koniec wystąpił prezes jakiejś fundacji, który zagaił, że będzie mówił krótko, a ględził pół godziny.  Po dwóch godzinach oficjalna impreza sie zakończyła i bez żalu zmyłam się z dalszej części. Nie miałam ochoty rozmawiać z tymi ludźmi na stopie prywatnej. Za dużo wzbudzili niesmaku i zażenowania. 

środa, 28 listopada 2018
Złudzenie wyjątkowości

Refleksja mnie naszła taka, że większość ludzi uważa się za wyjątkowych, niezwykłych, za pępek świata. O ile wyjątkowość polegać by miała na niepowtarzalnym zbiorze doświadczeń i indywidualnego losu, co można jakoś jeszcze zaakceptować, choć bywa na wyrost, to "pępkowanie" ociera się o egotyzm, narcyzm i krókowzroczność sięgającą zaledwie czubka własnego nosa. No i jest w tym ogrom megalomanii. W poczuciu wyjątkowości też zreszta leży sporo megalomanii. Dlaczego bowiem moje osobiste doświadczenie miałoby być wyjątkowe? Miliardy ludiz na ziemi, miliardy żyjących wcześniej również przeżywało to samo: czasami cieszyli się życiem, czasami cierpieli, przeżywali choroby, śmierć bliskich, znosili trudy codzienności, marzyli... Niczym nie różnimy się od innych. Skąd więc to poczucie wyjątkowości i potrzeba oznajmiania jej całemu światu? Dlaczego wydaje się nam, że MOJE doświadczenie, mój los zasługuje na większą uwagę? Złudzenie wyjątkowości.... Pępek świata to przypadek patologiczny. Ciasny umysł zamknięty w czterech ścianach własnej zamkniętej na głucho jaskini osobowości. Smutne i przerażające zarazem.   

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 39