Opisać świat nie jest łatwo, opisać nonsens - niemożliwe. Lasciate ogni speranza, voi chentrate.
Kategorie: Wszystkie | absurdy | poglądy | prowincja | słownik | złoty środek | życie
RSS
niedziela, 09 grudnia 2018
Jak się wykręcić?

Jak się wykręcić od wyjazdu na święta do... ? Po prawdzie, zwyczajnie mi się nie chce. Chcę być sama, wypocząć, poleniuchować, nic nie musieć. Nie musieć siedzieć przy stole, nie musieć słuchać ani śpiewać kolęd, nie musieć rozmawiać z nikim, nie musieć nawet jeść tych smacznych potraw i ciast. Wcale nie muszę mieć innej kolacji niż zwykle. W ogóle, mogę jeść zwyczajną owsiankę. Albo placka z ryżem. No dobrze, jednego śledzia i chwatit. Kiedyś, dawno temu, moja koleżanka pytała mnie czy zostaję na święta w mieście. Zostawałam, ale nie mogłam jej tego powiedzieć, bo chciała mnie zaprosić do siebie. Wypraszam sobie! Nie po to zostawałam w swoim mieszkaniu, żeby pakować się do kogoś, gdzie przy stole będzie kilkanaście nieznanych mi osób! Zostawałam, żeby odpocząć od ludzi, od zamieszania, od harmideru, od tłoku i hałasu. Cisza. Absolutna cisza. A jak mi się znudzi, właczę cichutko płytę lub radio. Podleję kwiatki. Zapalę światełka na choince. Poczytam książkę. Bez przymusowego zaharowywania się sprzątaniem, praniem, gotowaniem. Dlaczego kobiety tak się zaharowują przed świętami? Jaki to ma sens? Czy to jakieś święto porządku i braku kurzu na szafie? Nie wiem, nie rozumiem. Dlatego nie chce mi się nigdzie i do nikogo jechać. Nie zamierzam nikogo podziwiać za wyszczyszenie domu na błysk, bo to głupota jest a nie powód do dumy i podziwiania. Chcesz, to sobie sprzątaj, powiedz, że tak lubisz, ale mów, że musisz, bo święta, bo goście, bo tradycja. Tere-fere, wcale nie musisz. Ja tam nie muszę i tego nie robię. Lubię święta, nastrój, kolędy, chwile do refleksji, a nie po to, żeby zagłuszyć je paplaniną, gadaniem, hałaśliwymi powitaniami, pożegananimi. Prawdziwe święto, przeżywanie święta potrzebuje ciszy, zadumy, intymności, a nie tłumu i wrzasku, natłoku wrażeń, pogoni za smakami. Calkeim nie tak to wszystko się kręci. 

niedziela, 02 grudnia 2018
Wychodzę z zażenowaniem

Wczoraj tyle razy do mnie dzwoniono, że rozładował mi się telefon. Prawie przez cały dzień to trwało. I nie były to telefony w stylu, że cześć, dawno nie rozmaiwałyśmy, co u ciebie słychać. Albo omówienie ważnych spraw. Najwięcej było takich: "Słuchaj, mam problem, powiedz mi to i tamto" To i tamto, czyli kewstie zahaczające o wiedzę, rozstrzygnięcie pisowni, źródła, sformułowania, opisu, łamania tekstu, znalezienia funkcji w edytorze tekstu, słowem, pierdoły, które można znaleźć w podręcznych źródłach, książce, słowniku czy na byle jakiej stronie w internecie. Łatwiej jest jednak wielu ludziom zadzownić do kogoś, nie zważając na porę, na dzień, że sobota i też mam jakieś plany na odpoczynek, niż poszukać samemu, otworzyć ten cholerny słownik i sprawdzić. Pierwszy telefon z takim pytaniem zadzwonił wczoraj - czyli moją wolną sobotę, kiedy cieszę się, że muszę rano wstawać - o 7:30. Fajnie, nie? Mniejsza z tym, nie spałam już. Ale wciąż mnie zadziwia ignorancja ludzi aspirujących do miana inteligencji, którzy nagle okazują się tacy nieporadni w podstawowych sprawach intelektualnych na poziomie gimnazjum wręcz. A do tego dochodzi jeszcze bardzo wątpliwa postawa osobista, nie chciałabym mówić moralna, ale tak na pograniczu dobrego wychowania, taktu, kultury osobistej. No bo jeżeli absolwentka wyższej uczelni  z tytułem magistra nie wie jak napisać referat to coś nie w porządku chyba jest. Autentycznie zwróciło się do mnie takie dziewczę z prośbą o radę, jak zacząć i od czego zacząć. Inny przykład, doktorant (!) na wyższej uczelni nie potrafiący napisać pełnego adresu bibliograficznego cytowanego artykułu. Przepraszam, czy to jakiś żart? Jakim cudem on magisterium zdobył? Kto mu pracę magisterską pisał, skoro przypisów nie potrafi stosować i bibliografii zamieścić? Dlaczego nikt już nie zwraca uwagi na podstawowe minimum pracy naukowej, czyli umiejętność wyszukiwania i oznaczania źródeł informacji? Przeciez to podstawa! Wyczytałam ostatnio, że w Polsce odbywa się największy drenaż umysłow, ludzi, którzy mają zaplecze intelektualne i naukowe, a wyjeżdżają tam, gdzie im się zaoferuje lepsze warunki. Dotyczy to naukowców, lekarzy, inżynierów. Toteż zostają same głąby chyba, którzy zdania samodzielnie sklecić nie umieją i mamy to, co mamy. Oto jakaś oficjalna uroczystość, na której ma się pojawić szacowne grono gości z instytucji samorządowych, instytucji oświatowych i przedstawiciele wyższych uczelni. I zaraz na wstępie cała radosna gromadka spóźniła się 20 minut. A zebrana publika marzła w jakiejś nieogrzewanej sali. Wstyd, żenada, brak kultury. Brak szacunku dla publiczności. Nikt za spóźnienie nawet nie przeprosił. A potem prowadzący wyczytywał tylko całą tę wierchuszkę z tytułami naukowymi: dyrektor, poseł, senator, inspektor, kurator, doktor, profesor, prezes, wiceprezes, magister....  Spośród tej światłej plejady jedna osoba posługiwała się taką polszczyzną, że kiedy zamiast "umieją" powiedziała "umią", mało z krzesła nie spadłam.  A poźniej kolejna osoba niewłaściwie stosowała akcent w czasownikach 1 osoby liczby mnogiej. A na koniec wystąpił prezes jakiejś fundacji, który zagaił, że będzie mówił krótko, a ględził pół godziny.  Po dwóch godzinach oficjalna impreza sie zakończyła i bez żalu zmyłam się z dalszej części. Nie miałam ochoty rozmawiać z tymi ludźmi na stopie prywatnej. Za dużo wzbudzili niesmaku i zażenowania. 

środa, 28 listopada 2018
Złudzenie wyjątkowości

Refleksja mnie naszła taka, że większość ludzi uważa się za wyjątkowych, niezwykłych, za pępek świata. O ile wyjątkowość polegać by miała na niepowtarzalnym zbiorze doświadczeń i indywidualnego losu, co można jakoś jeszcze zaakceptować, choć bywa na wyrost, to "pępkowanie" ociera się o egotyzm, narcyzm i krókowzroczność sięgającą zaledwie czubka własnego nosa. No i jest w tym ogrom megalomanii. W poczuciu wyjątkowości też zreszta leży sporo megalomanii. Dlaczego bowiem moje osobiste doświadczenie miałoby być wyjątkowe? Miliardy ludiz na ziemi, miliardy żyjących wcześniej również przeżywało to samo: czasami cieszyli się życiem, czasami cierpieli, przeżywali choroby, śmierć bliskich, znosili trudy codzienności, marzyli... Niczym nie różnimy się od innych. Skąd więc to poczucie wyjątkowości i potrzeba oznajmiania jej całemu światu? Dlaczego wydaje się nam, że MOJE doświadczenie, mój los zasługuje na większą uwagę? Złudzenie wyjątkowości.... Pępek świata to przypadek patologiczny. Ciasny umysł zamknięty w czterech ścianach własnej zamkniętej na głucho jaskini osobowości. Smutne i przerażające zarazem.   

poniedziałek, 26 listopada 2018
Kołomyja

Moja kontemplacyjna natura cierpi i marzy o spokoju. Poranne dumanie przy kawie, wieczorne zapatrzenie na szarzejący świat, cicha lektura w samotności to moje żywioły. Tymczasem życie jest takie przewrotne, zmusza mnie do nienaturalnej dla mojego charakteru aktywności, wręcz nadaktywności. Od rana urywają się telefony, sygnalizując nieodebrane rozmowy - nie mam czasu ich odebrać! - i bezusutanne smsy, których nie nadążam odczytywać. Najpierw dowiaduję się, że jutro mam poprowadzić spotkanie, a za pół godziny zmiana planów i okazuje się, że zostanę wysłana w delegację. W tym samym czasie. No nie rozdwoję się!  Zanim skończyłam rozplątywać nałożenie się zdań, już mam kolejny telefon, że jutro spotkanie i ustalenie harmonogramu współpracy z tzw. podmiotem zewnętrznym. Odpisuję, że chyba aż wieczorem, bo umiejętności bilokacji to ja jeszcze nie posiadłam. Koleżanka proponuje, że po mnie przyjedzie i potem mnie odwiezie. No to już prędzej jakoś się da ogarnoąć, choć oznacza to, że na środę znowu nie uzupełnię papierkowej roboty, której stosik ułożony mam na biurku od tygodnia. W tej chwili grafik mam zapełniony maksymalnie na dwa tygodnie do przodu. Niektórym trudno zrozumieć, że aby się ze mną spotkać, pogadać, trzeba ustalać termin z dużym wyoprzedzeniem. Myślą, że ot, tak, wpadną o każdej im pasującej porze a ja z nadmiaru czasu chętnie się nimi zajmę i ugoszczę. Albo mają pretensje, że się nie odzywam i nie odwiedzam. A owszem, mogę się odezwać, proszę bardzo, zadzownię o szóstej rano, może być??! Bo niestety, na inną godzinę nie ma co liczyć, gdy wracając po godzinach czeka mnie ogarnięcie mieszkania, jakieś pranie, zmywanie, rachunki, wizyty u lekarza, natychmiastowe załatwienia, praca papierkowa i padając na nos marze tylko, żeby się wyspać. Jedna koleżanka dzisiaj jęczała, że do emerytury zostało jej 4 i pół roku. To co ja mam powiedzieć?!

poniedziałek, 19 listopada 2018
Na prowincji zima

Palenie w piecu kaflowym ma coś w sobie magicznego. Budzi się pierwotna fascynacja ogniem. Jak w czasach jaskiniowych, gdy ogień pozwalał przetrwać noce, zimę i epokę lodowcową. Przyjechałam w piątek już po zmroku, w pokoju na górze miałam zaledwie 7 stopni. Akcja wieczornego palenia w piecach pochłonęła cały zapas naniesionego tydzień temu drewna. Mimo całodniowej minusowej temperatury na górze w sypialni utrzymywało się przyjemne ciepło. Ale z okna widać zamarzniętą wodę w poidłach dla ptaków, a rankiem szron na trawie ostrzegał, że to już zima. Kolejny dzień, sobotę, zaczęłam więc od ponownego znoszenia drew z szopy. Oczywiście zajęło mi to długo, bo przy okazji zapuszczałam się w inne okolice. A to szyszki zbierałam spod świerka. Tak pięknie się żarzą w goniu pod blachą. To znowu ostatnie liście grabiłam spod leszczyny. Usuwałam ostatnie przekwitłe kwiaty: nadal pachnące aksamitki, porażone nocnym przymrozkiem szałwie, zwiotczałe na ziemi kłęby nasturcji. Narósł ich gruby kożuch pod dwoma krzakami dzikiej róży i kwitły do tej pory niestrudzenie. Dopiero ta noc z piątku na sobotę zmroziła kwiaty i liście. Nawet co większe chwasty przymrozek poraził, liście mięty przebarwiły się na brązowo, odrosty rabarbaru klapnęły na płask na ziemię. Wszystko wywiozłam na kompost. Zaczęła się pora dokarmiania sikorek, dzięciołów i sójek. Wywiesiłam pokarm w dwóch miejscach. Sikorki pierwsze odważne obsiadły słoninkę. Dzięcioła tylko słyszałam. Na razie opukuje drzewa, na dokarmianie skusi się dopiero gdy nadejdą poważne mrozy. W niedziele rano widziałam aż trzy sójki. Na razie nie kwapią się do jedzenia, jeszcze mają zapasy chyba, są pękate jak dzbanki. Nie żywią wobec siebie przyjacielskich uczuć, przeganiały się nawzajem z drzewa. jak jedna usiadłą, za chwilę przyleciała druga i ją przegoniła, a potem trzecia się wtrąciła. Zostawiłam im wywieszone jedzonko i wróciłam z niespodziewanymi perypetiami po drodze. Do tej pory był lekki przymrozek, ale sucho, a w niedziele do południa nawet słonecznie. Po zmroku naprawdę zaczęła się zima. Zaczął padac lekki śnieżek. Lekki, ale mokry, momentalnie na szosie ślizgawka. Auta zwolniły drastycznie, a ja stoję jak kołek na przystanku. Autobusu ani widu, ani słychu. Mija kwadrans: nie ma. Mija pół godziny: nie ma. Mija 40 minut: nie ma! Siostra wiezie mnie do miasteczka. Rzuciło autem w lewo, w prawo. Zwalniamy. Jedziemy 40.

- No, kierowcy będą mnie kląć - mówi siostra.

- Ale skąd - protestuję - popatrz, wszyscy jadą za nami tak samo wolno, żaden nie ma odwagi wyprzedzać.

No i faktycznie, dwolekliśmy się sznureczkiem do miasteczka, tam towarzystwo rozjechało się w różne strony. Ktoś objechał Ryneczek powolutku dookoła dwa razy. Chyba kogoś szukał. Ja stoje na przystanku, na którym wiszą częściowo niekmpletne i nieaktualne rozkłady jazdy busów i autobusów. Czeka mnie czekanie w ciemnościach i na niewiadome. Nie wiadomo bowiem, o której i z której strony coś przyjedzie. A mokry śnieg zacina ukosem, zimny wiatr przenika na wskroś. Rękawiczki już mi przemokły, w butach lodowato. Siostrze pożyczam ostatnią stówkę i jedzie na stacje zatankować. W tym czasie na drugi przystanek - nie na ten, na którym stoję - podjeżdża, a właściwie nie podjeżdża, tylko mija bez zatrzymywania się autobus, na kóry czekałam 10 km wcześniej! Mija i znika w ciemnościach. nie zdązyłam dobiec na ten drugi przystanek po drugiej stronie skrzyżowania. Echhh, stoję nadal w ciemnościach czekajac nie wiadomo do której. Przez Ryneczek powolutku przesuwają się auta. Siostra wraca ze stacji i wraca do domu. 

- Może nawet dojedziesz wcześniej niż ja - rzuca proroczo na odchodne. W złą godzinę to powiedziała. Doczekałam się wkrótce jakiegoś busa, wsiadam do ogrzewanego wnętrza i od razu mi humor wraca. Jedną nogą jestem już prawie w domu. Piszę sms, że już jadę, nie mam odpowiedzi. Dojechałam po pół godzinie i dopiero wtedy dostaję dramatyczny długi sms, z którego dowiaduję się, że siostra dopiero co dojechała, wlokąc się niemożliwie, tak było ślisko, a pod górkę koło straży wyjechać nie mogła, na szczęście jechała piaskarka i dzięki temu w końcu dotarła za nią do domu. Tymczasem w moim miasteczku śniegu ani płatka, szosy i chodniki suchutkie. Do dzisiaj ;-) 

poniedziałek, 12 listopada 2018
Byłam w lesie

grzybki


prawdziwek

borwki

sobota, 10 listopada 2018
Groza z podświaodmości

Jeszcze rano, gdy wychodziłam z domu, wszystko było w porządku, ale zaraz coś się na twarzy zaczęło dziać. Wielki krwiak na prawie całe czoło, guz nad oczami, przekrwione i zpuchnięte oczodoły, opuchnięte powieki. Zobaczyłam to dopiero, gdy wróciłam z porannego obchodu straganów na targu. Po drodze chciałam sprawdzić na dworcu rozkład jazdy, nie wiedziałam,  o której mam połączenie, ale już widocznie oczy mi zapuchły za bardzo, bo niewiele zobaczyłam. Nawet tabliczki z rozkładami jakieś takie zaparowane były, nieczytelne. W dodatku było południe, środek dnia, a zrobiło się cłąkiem ciemnoi, jakieś chmury nadciągały w szybkim tempie i zasnuły całe niebo. Miało się wrażenie jakby to już zmrok zapadł. Wróciłam więc i spojrzałam w lustro, a tu takie przerażenie. Twarz nie nadająca się do pokazywania. Jest sobota, gdzie ja pójdę do lekarza i jakiego? Coś tu się w mojej głowie stało, a nie wiem, co. Prawie mi się płakać chciało, bo to na jakiś wylew podskórny wygląda. No i wtedy się obudziłam :-) Skąd się biorą takie sny? Ostatnio nie walnęłam się w głowę, bolała mnie tylko po całym ciężkim tygodniu. Wczoraj już naprawdę ledwo przytomna byłam, a wieczorem jeszcze korektę wystąpień na wtorkową debatę robiłam, szukałam materiałów, żeby rozesłać ludziom. Rano na szczęście na twarzy wszystko okazało się w porządku. Nawet ostatnie problemy z jakimś liszajem zblakły po nałożeniu maseczki. I chociaż nie ma pełni słońca, dzień jaśniejszy niż mi się śniło. Coś tam świeci nad blokami. Uwielbiam soboty, kiedy nie muszę wstawać przed świtem. 

wtorek, 06 listopada 2018
Wiem, że rano...

I powinnam zbierać się do pracy.  Narasta stos zadań do zrobienia na już, na teraz, na wczoraj. Nie wyrabiam. Dostaję wczoraj stos wydruków do przeanalizowania na dzisiaj. Bo zebranie, podsumowanie, projekty na przyszły rok. Jakaś paranoja się wytwarza. Więc tak, dzisiaj rano idę z grupą do BCK, a po pracy jestem umówiona w Lublinie do kontroli i badania, wieczorem dzwoniła Anka, że jutro mam jechać z inną grupą do Lublina,w  piątek wielkie świętowanie Niepodległości, w poniedziałek od dawna ustalone dwa podsumowania, ale teraz nie wiem, co z tego będzie, skoro ogloszono, że wolne, więc może przeniosą na wtorek, ale we wtorek z kolei debata (!) w studiu telewizyjnym, w środę zaplanowany wyjazd na konferencję, wrócę koło północy, ale w czwartek mam znowu zaplanowane szkolenie tutaj na miejscu, oczywiście po południu, po pracy... Nie ma szans, żebym dała radę pracować jak Bóg przykazał, osiem godzin dziennie, czyli tyle, za ile mi płacą. No ja mogę pracować więcej, jak teraz po 10-12 godzin, tylko, cholera, czemu za darmo?! Za ostatnie delgacje nie dostałam ani grosza zwrotu! Zero! Podobno się nie nalezy, bo obiad był fundowany. Noż, kurczę blade, jeden obiad na dwa dni służbowego wyjazdu! Delegacja obejmowała dwa dni, w tym jeden obiad i jedno śniadanie. No chyba człowiek potrzebuje trochę częściej jeść niż raz na dobę. Ale się nie należy! Chyba się zbuntuję i więcej nigdzie nie wyjeżdżam. Odsiedzę swoje, te osiem godzin, wybije czwarta i chwatit! Tyle mnie widzieli, nie odbierma telefonów służbowych, nie wchodzę na stronę firmy, nie uzupełniam żadnych tabelek przysyłanych służbowymi łączami i mejlowo. Nic! Zero pracy za zero płacy!

środa, 24 października 2018
Intensywność

Zmęczona jestem. Wczoraj i przedwczoraj dwa dni wyjazdowe na badania. Pierwszego dnia nic nie załatwiłam, bo nie było lekarza. Drugiego dnia, we wtorek, poszło lepiej. Badania u laryngologa, wniosek o dofinansowanie złożony w NFZ, badanie przeprowadzone, próbne aparaty dostałam do testowania. Na razie jestem zdezorientowana. Cały dzień padało, momentami intensywnie, a ja jak ta sierota z Australii w letnich spodenkach 3/4, w szmacianych butach. Dobrze, że kapelusz miałam na głowie, to chociaż deszcz nie lał mi się prosto za kołnierz. Cały wyjazd i bieganie do NFZ i z powrotem plus konsultacja medyczna i badanie zajęły mi w sumie 8 godzin! Z tego 35 minut spędziłam w kawiarni, bo już tak zmarzłam, że musiałam się pokrzepić i ciasteczko zjeść do kawy z mleczkiem. Gdyby nie fatalna pogoda, nie marnowałabym czasu na siedzenie. Wstąpiłabym do jakiejś księgarni czy zwiedzić wystawę obrazów malowanych na jedwabiu, o której czytałam w internecie. Ale ten ziąb, ten deszcz, plucha i siność powietrza nie nastrajały odpowiednio zmysłów poznawczych. W czasie jazdy w busie zaczęłam czytać "Biegunów" Tokarczuk. Po powrocie spałam snem kamiennym sześć godzin, a dzisiaj kolejny maraton. Konferencja - żmudna, nudna, denerwująca,  do szóstej wieczór. Gadanie o pierdołach, które możnaby streścić w pięciu zdaniach. Nie mam siły. Nogi mam w kostkach spuchnięte, powieki ciężkie, przejadłam się na kolację pierogami i idę spać. Jeszcze na pocztę zajrzałam i poruszyła mnie zapowiedź zaprzestania wydawania "Zeszytów Literackich".  Jest link do petycji w celu ocalenia pisma, znalezienia sponsorów, wywalczenia dotacji z MInisterstwa czy skądś. Nie wiem, pewnie to nic nie da, skoro rok się kończy, a dotacji nie ma. Pismo upadnie. Najlepsze lkiterakcie pismo w kraju od 36 lat! Stasznie mi smutno :-( Petycję podpisałam i rozesłałam link do wszystkich, którzy przynajmniej teoretycznie powinni być zainteresowani. Ciekawe, ile osób rzeczywiście poczuje jakieś wyrzuty sumienia, ilu zostanie poruszonych i przynajmniej ten podpis złożą. To nic nie kosztuje. w przeciwieństwie do prenumeraty - bo czy nie przyjemniej te pieniądze wydać na kosmetyczkę lub nowy gadżet do samochodu? Złożenie podpisu nic nie kosztuje, nie to, co wysiłek włożony w  czytanie ambitnej literatury. Ostatni numer, 144. ukaże sie w grudniu. Jest mi cholernie przykro i smutno. Jesteśmy straszną kulturową prowincją, jeśli jako społeczeństwa nie stać nas na jedyne profesjonalne literackie czasopismo na najwyższym poziomie, któremu nie dorównują żadne inne kolorowe pisemka.

niedziela, 21 października 2018
Przygotowania

... do zimy. Obcinałam gałęzie jabłonek. Te górne, żeby nie rosły wzwyż. Nie wiem, czy dobrze, bo sie nie znam, ale obcięłam i będę się na wiosnę przyglądać, co z tego wyrośnie. Ostatnie karmienie pszczół. Mam nadzieję, że im na całą zimę wystarczy. Dałam dużo, ale jedne mniej niż zalecają normy. No nie dało rady. Liczę, że mają zapasy, bo miodu zostało im po lecie prawie full. Się zobaczy. Te, którym zginęła matka, teraz sa najżywsze. Odbudowały się i latają jak messerschmitty. Chyba kolejna tura czerwiu wyszła, bo taka masa latała, że chyba się oblatywały. I pyłek znoszą skądś, nie mam pojęcia skąd. Ale na polach niektórych jeszc  epoplon rzepakowy widać gdzieniegdzie. 

Liście na ziemi pod stopami. Nie grabiłam, nie zdążyłam już., choć lekki, suchy, a mają być deszcze. No, trudno. jakoś będę nadrabiać, kiedy się da. Długie getry do roboty składam na jeden stosik do podręcznego używania. Nie opłaca się chować do szafy. Trzeba chyba wyciągnąć swetry. Na razie na podorędziu mam dwa na zmianę. Jednego znich nie lubię i chyba go wyrzucę, stary już jest, porozciągany. Zmagałam się dzisiaj z wiatrem jadąc na rowerze. Mało ducha nie wyzionęłam. Nie dość, że pod górkę, to jeszcze wiatr zimny z północy. Tracę kondycję czy co? Ledwo zipałam po dojechaniu. A pod wieczór się uspokoiło i aż przyjemnie było kręcić, podziwiać, chłonąć jeden z ostatnich jesiennych słonecznych widoków. Cudownie żółciły się jabłka w trawie. Mimo że to spady, zebrałam trzy koszyki. Jeden już przerobiłam, dwa przesypałam do skrzynki i poczekają na swoją kolej. To stara antonówka, późno dojrzewajaca, powinna wytrzymać jeszcze. 

W ogródku kwitnie ostatnia róża czerwona i pysznią się pomarańczowe i czerwone torebki miechunki. Ogniście wtóruje im płonąca szałwia. Ostatnie kolory jesieni na tle rudziejącej trawy. Jeszcze porządki na strychu, jeszcze odkurzanie zimowych ubrań, jeszcze przegląd nasion suszonych na talerzykach, jeszcze pochowanie owoców w piwnicy, jeszcze zwiezienie drewna, jeszcze opatulenie róż i stanowisk tawułki, jeszcze.... i już zima. 

 

 

środa, 17 października 2018
Cisza dokoła?...

Cisza w mieszkaniu, cisza w telefonie, cisza nawet za oknem na ulicy. Żeby jeszcze w głowie! A tu szumi, kotłuje się, wrze. Staram się być poukładana, żyć według planu, ale to chyba dopiero na emeryturze się uda. Teraz nie ma szans. Podobno ostatni tydzień jesiennego lata. Trochę szkoda, bo tak pięknie wyglądają drzewa. A mnei czeka stopniowe zamykanie działkowego przybytku. Uporządkowanie ogrodów, sadów, chałup, przybudówek, zakręcania wody, zabezpieczania wewnątrz i na zewnątrz. A tu cisza dokoła i gadać nie ma z kim. Ostatnio 6 km na piechotę szłam. Ech, prowincja! 

niedziela, 14 października 2018
Niedziela na wsi

Spokojnie, spokojnie, morderstwa nie będzie.* Przynajmniej na razie ;-) Za tydzień może się zdarzyć. Wojnę na platay wyborcze i ich zamazywnaie tudziez zdzieranie z płotów i słupów widziałam, domalowywanie wąsów na tychże plakatach też widziałam, ale wojnę na asflacie jeszcze nie. Na mojej zapyziałej wiosce rywalizacja między kandydatami przeniosła się z plakatów na asfalt, dosłownie! Jak mi powiedziały babki na ławce, ponieważ plakaty już dawno pozrywane i tylko fruwają w strzępach po rowach, teraz pojawiają się napisy haseł wyborczych lub antyhaseł na asflacie malowane. I to farbą jakąś mocną, bo trzyma się podłoża. W miejscowośic gminnej ktoś zamalował napis, tylko że zamlował dokładnie wszystkie literki, więc i tak widać, co było napisane, bo chociaż farba ciemna, jednak odbija od tła. W mojej wiosce są napsiay dwa: jeden czerwony, drugi biały, ale treść podobna. Nie rozumiem tylko, czemu jeden z nich jest na skrzyżowaniu. Tak więc agitacja przedwyborcza trwa w najlepsze i zeszła do poziomu gruntu. W zasadzie prawidłowo, przecież na wsi jesteśmy. Gdzie tam chłop po płotach i słupach będzie oczami wodził. pod nogi ma patrzeć i w ziemię spozierać. No to jest i na ziemi. To tak a`propos słonecznej aury wczoraj i dzisiaj, jakby lato zamierzało wrócić. Bez palenia w piecu miałam w sypialni 23 stopnie. A ludzie chodzili w krótkich spodenkach i rękawkach. To pierwsza niedziela od długiego czasu, kiedy naprawdę odpoczywałam. Nie porządkowałam warzyw, nie kroiłam na przetwory, nie nosiłam wody, nie zaglądąłam do pszczół, nie robiłam syropu. Nie znaczy, że nic nie robiłam, ale bez nerwów. Ponieważ musiałam wracać sama idąc do rpzystanku piechota, nie mogłam dużo wziąć ciężkich rzeczy, więc nie było potrzeby szykować za wiele. Wczoraj zrobiłam sporo, choć przyjechałam dopiero na południe. Syrop dałam, liście sprzed domu zgrabiłam, donice duże uporządkowałam, winogron z jabłoni ścięłam i pcoięłam na krótkie kwałaki do wysuszenia, dwa prania nastawiłam, szafkę w korytarzu przestawiłam i złożyłam dwie razem, trochę jabłek i winogron urwałam, szyszki pozbierałam spod świerka, suszę je na rozpałkę, suszyłam też orzechy włoskie. A dzisiaj był czas na relaks, wreszcie usiadłam w altanie pod winogronem i spokojnie wypiłam kawę, czytając książkę. Taka spokojna, ciepła godzina. Cicho, nawet u sąsiadów nic nie było słychać. Może wyjechali. Tylko ptaki, sikorki przemykały między rzedniejącymi liśćmi. Na wysokim drzewie dwa domy dalej całą koronę obsiadły jakieś ciemne ptkai - myślę, że to szpaki przed odlotem. Sąsiadka mówiła mi, że w ciągu tygodnia cąła chmara nawiedziła moje obejście za stodołą. Pewnie na winogronie tam siedziały, ale jeszcze i tak zostało go dużo. Nie widać za bardzo braków. Zółte liście spadają i zostają same fioletowe grona. Tak samo z leszczyn opadają liście, malowniczo opadają, lekko się kręcąc i dryfując ślizgiem przez płot. Gdy wiatr zawieje, leci ich  więcej jak złoty deszcz. Przepiękny taniec w powietrzu. Aż nie chce się nigdzie wracać do pracy, do ludzi, do zwyczajnych nudnych dni. 

*"Niedziela na wsi" - tytuł kryminału Aghaty Christie

poniedziałek, 08 października 2018
Nie jestem istotą społeczną?

Mam dosłownie dwie osoby w swoim życiu, których obecność mnie nie męczy, w sensie nie wyczerpuje psychicznie. W życiu zawodowym spotykam się z setkami osób codziennie, w skali przepracowanych lat są to dziesiątki tysięcy i jestem wdzięczna, że te kontakty prędzej czy później się kończą. Doprawdy, czuję się nieswojo, gdy ktoś zamierza zawartą przed laty znajomośc kontynuować już poza stosunkiem służbowym. Kiedyś pracowałam ze swoją imienniczką i rówieśniczką, obie urodziłyśmy się w tym samym roku. Jakoś tak w naturalny sposób nasze relacje zacieśniały się, często wspólpracowałyśmy przy wspólnych projektach. Później zmieniłma pracę, wyjeżdżając nieco dalej. Nie mogłyśmy już widywać się tak często, a zawodowo przestało nas cokolwiek łączyć. Pozostały kontakty prywatne i nawet je podtrzymywałyśmy. Były rozmowy telefoniczne, kartki na święta, odwiedziny. Z czasem zaczęło mnie to męczyć, coraz mniej miałam jej do powiedzenia. Od dłuższego czasu nie ma już między nami kontaktu. Miałabym trudność w opowiadaniu jej co u mnie słychać, co przeżywam. Z kolei z inną koleżanką, z którą kiedyś również pracowałam, zaciśniły się kontakty dopiero gdy ponownie zmieniłam pracę. Nasze stosunki z zawodowych przerodziły się w prywatną przyjaźń. Znam jej życie i problemy rodzinne, ona zna moje. Możemy sobie sporo prawdy powiedzieć. I lubimy sie odwiedzać, choć natłok obowiązków jest taki, że  długo się wcześniej umawiamy zanim spotkanie dojdzie do skutku. Jednak i u niej nie potrafię zbyt długo czuć się dobrze, a kiedy ona wpada do mnie, po 15  minutach staje się niespokojna, jej problemem jest wieczne zatroskanie. Nie potrafi odpocząć, przestać zamartwiać się o wszystko i wszystkich. Dlatego jest wiecznie zmęcozna, wyczerpana fizycznie i psychicznie. To jest kobieta, która nigdy nie odpoczywa. Dlatego męczy mnie czasami jej obecność, jej cierpiętnicza mina, jej widoczne przeciążenie. Wydaje mi się, że gdby nawet życie nie przynosiło jej żadnych trosk i probelemów (a któż ich nie ma?), to by sobie je wyznalazła. I mówię jej o tym wprost, bo jej nerwowość odbija się na innych członkach rodziny. Przyznaje mi rację i dalej robi swoje. I mam jeszcze kilkoro innych znajomych, koleżanki, kolegów, w ktorych gronie się spotykamy, rozmawiamy, dyskutujemy, ustalamy, projektujemy, wyjeżdżamy na imprezy, ale tak naprawdę po godzinie wspólnego pobytu gdziekolwiek mam dość i jestem tak zmęczona, że chcę uciec. Zaczynam się nudzić lub irytować, że niczym mnie już nie zaskoczą, że w kółko mówią to samo, że są monotematyczni, że myślą stereotypowo i żadna dyskusja w zasadzie  do niczego nowego nie prowadzi. Mam więc tylko dwie osoby, z którymi przebywanie mnie nie męczy, a rozmowa nie wyczerpuje psychicznie. Jedna to moja siostra. Znamy się jak łyse konie, więc nawet milczeć możemy razem i wszystko wiadomo ;-) Chociaz i ona od jakiegoś czasu potrafi mnie znużyć swoimi "problemami", które polegają na tym, że to nie jej problemy, tylko na przykład sąsiadki ;-) Ale przebywanie z nią mimo wszystko mnie nie męczy, bo powiemy sobie parę zdań do słuchu i jest w porządku. Druga osoba to A., z którym widuję się tak rzadko, że nie ma możliwości się znudzić czy znużyć ;-) Żartuję, oczywiście, bo jak przez 4 lata był za granicą, to nie widywaliśmy się, ale za to nasze rozmowy telefoniczne trwały przez pół nocy.  Niemniej nigdy żadna rozmowa z nim mnie nie znudziła. Zadziwiające, biorąc pod uwagę, że pracujemy w całkowicie odmiennych sektorach, obracamy się w zupełnie innych środowiskach i tak naprawdę nasze zainteresowania prywatne i upodobania leżą na przeciwnych biegunach. Ale gadamy sobie, opowiadamy, co robimy, co nas spotyka, co nas wkurzyło i co zachwyciło. Mam kilka osób, które z częstotliwością zegarka dzwonią pogadać. I nie byłoby to trudne, gdyby te rozmowy były za każdym razem inne, świeże, o czymś nowym. Najczęściej jednak są zawsze o tym samym. A nic z nich nie wynika, żadne konsekwencje w postaci podjętych decyzji, zmian wprowadzanych w  życie. To mnie chyba właśnie męczy najbardziej. Jałowość.  Bo kiedy rozmawiam, albo nie rozmawiam z siostrą, to przynajmniej coś tam razem zrobimy. Są efekty. Kiedy rozmawiam z A,. to następnym razem dowiaduję się, że zrobił to i to, podjął jakieś decyzje, sa efekty. A inni? Beznadziejny stan stagnacji. Tylko dlaczego mnie nim obarczają? Jeśli człwoiek jest istortą społeczną, to mnie taka społeczność nie odpowiada. Nie jestem człowiekiem?... 

poniedziałek, 01 października 2018
Jak zostałam seniorką

Dopóki jestem w stanie, korzystam z możliwości. Wyjechałam na dwa dni do Warszawy. Trochę na atrakcje kulturalne, trochę dla odmiany, a przy okazji spotkałam się ze znajomym. Nocowałam jak zwykle u koleżanki i było mi u niej gorąco, choć rposiłam o niezamykanie okna (czwarte piętro) na noc. W moim miejskim mieskzaniu jeszcze nie grzeją, jest zimno. Można w dresie spać i się człowiek nie przegrzeje. W dizeń jako tako. I podczas pobytu pogoda też piękna dopisała. Wybraliśmy się na spacer i tka jakoś zawędrowaliśmy do Parku Saskiego, a tam namioty, jakieś oferty, cos gadają z głośników, muzyka... Chodzą wszędzie starsi ludzie z pojedynczymi różami w dłoniach. Jakas akcja dla seniorów. Już chcielismy sie zmyć i wywinąć spośród tłumu, gdy dopadło mnie jakieś dziecko lat naście i przejete głosi przemowę, że "z okazji Międyznarodowego Dnia Seniora" i tak dalej wręcza mi różę. Matko! Pora umierać!!! To ja wyglądam na seniorkę już?! Jestem zdołowana :-((( Znajomy, z którym byłam, śmiał się w kułak, bo on nie dostał kwiatka. A mnie się senioralnie dostało :-( Ja tu odliczam lata pracy do emerytury, narzekając, że mnie wcześniej nie chcą wypuścić, a  tu, proszę, kwiatkiem senioralnym prosto między oczy! Tak się staram być aktywna, nie dać poznać po sobie, ile lat dźwigam, w tramwajach i autobusach nie siadam, po kraju się tłukę busami, uczestnicząc w spotkaniach, koncertach, wystawach, przez internet robię zakupy, kawę piję codziennie, tabletek unikam, żeby nie zostać posądzoną o nie nadążanie, a wszystko na nic. Podchodzi taki szczyl nastoletni i od seniorek mi kwiatkiem wymyśla! Ja się nie zgadzam na takie traktowanie. Albo rybki,  albo akwarium: dostane emeryturę, moge być seniorką, ale póki mi każą tyrać, bom w wieku produkcyjnym, mówiąc brzydko, to na żadne seniorowanie się nie piszę. Wkurzona odwołałam jutrzejszą wizytę w specjalistycznym gabinecie badania słuchu. Nie będzie mi tu nikt starczej głuchoty mierzył!

środa, 26 września 2018
Rozważania przy porannej kawie

Lubię, kiedy rano mam więcej czasu, nie musząc biec do pracy na wczesną godzinę. Czy nie można by ustalić, że zawsze zaczynamy od dziewiątej? Ludzie by się wysypiali, byliby mniej sfrustrowani od samego rana, łatwiej by się pracowało. Ale znowu gdyby wszysyc zaczynali o tej samej porze, tłok i poranna frustracja przeniosłaby się po prostu na później. I tak źle, i tak niedobrze. Nie ma dobrego rozwiązania. Ja to bym zwyczajnie na emeryturę sobie poszła. I tak mam ogrom zajęć, więc nuda mi nie grozi. Tylko żyć z czegoś trzeba. Widmo emeryckiej nędzy przeraża. Na jakiś czas mam oszczędności, które pochłonie kapitalny remont domu, więc marne widoki na dłuższą perspektywę. Przyjdzie czas, że przecież nie będę mogła ani pracować zawodowo, ani tej rzodkiewki czy marchewki w ogródku uprawiać, żeby nie głodować. Co wtedy?  Zostaną orzechy? Same rosną, same dojrzewają i same z drzewa spadaja, tylko zbierać. Ale, ale, kto je rozłupie?...

Nie mam sygnału życia od H. Pisałam e-maile, wysłałam nawet kartkę zwykłą pocztą i nic. Wiem, że żyje, bo znajoma mówiła, że z nią rozmawiała jakiś czas temu. Zadziwiające. Jeszcze niedawno, do wiosny tego roku wiedziałam, że ma kłopoty na głowie, trudne obowiązki związane z bardzo wiekowa matką, nie narzucałam się wtedy, podtrzymywałam na duchu, a ona dzwoniła nawet regularnie i gadałyśmy nieraz po godzinie. Nie wychodziła z domu, nie prowadizła życia towarzyskiego, wtedy dzwoniła. Na wiosnę starsza pani zmarła. Po okresie pierwszej żałoby H. rzuciła się w wir światowego życia. Teraz nie dzowni, nie odpowiada, nie odbiera. Aż tak nie ma czasu? Dziwne to bardzo. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 38