Opisać świat nie jest łatwo, opisać nonsens - niemożliwe. Lasciate ogni speranza, voi chentrate.
Kategorie: Wszystkie | absurdy | poglądy | prowincja | słownik | złoty środek | życie
RSS
niedziela, 14 października 2018
Niedziela na wsi

Spokojnie, spokojnie, morderstwa nie będzie.* Przynajmniej na razie ;-) Za tydzień może się zdarzyć. Wojnę na platay wyborcze i ich zamazywnaie tudziez zdzieranie z płotów i słupów widziałam, domalowywanie wąsów na tychże plakatach też widziałam, ale wojnę na asflacie jeszcze nie. Na mojej zapyziałej wiosce rywalizacja między kandydatami przeniosła się z plakatów na asfalt, dosłownie! Jak mi powiedziały babki na ławce, ponieważ plakaty już dawno pozrywane i tylko fruwają w strzępach po rowach, teraz pojawiają się napisy haseł wyborczych lub antyhaseł na asflacie malowane. I to farbą jakąś mocną, bo trzyma się podłoża. W miejscowośic gminnej ktoś zamalował napis, tylko że zamlował dokładnie wszystkie literki, więc i tak widać, co było napisane, bo chociaż farba ciemna, jednak odbija od tła. W mojej wiosce są napsiay dwa: jeden czerwony, drugi biały, ale treść podobna. Nie rozumiem tylko, czemu jeden z nich jest na skrzyżowaniu. Tak więc agitacja przedwyborcza trwa w najlepsze i zeszła do poziomu gruntu. W zasadzie prawidłowo, przecież na wsi jesteśmy. Gdzie tam chłop po płotach i słupach będzie oczami wodził. pod nogi ma patrzeć i w ziemię spozierać. No to jest i na ziemi. To tak a`propos słonecznej aury wczoraj i dzisiaj, jakby lato zamierzało wrócić. Bez palenia w piecu miałam w sypialni 23 stopnie. A ludzie chodzili w krótkich spodenkach i rękawkach. To pierwsza niedziela od długiego czasu, kiedy naprawdę odpoczywałam. Nie porządkowałam warzyw, nie kroiłam na przetwory, nie nosiłam wody, nie zaglądąłam do pszczół, nie robiłam syropu. Nie znaczy, że nic nie robiłam, ale bez nerwów. Ponieważ musiałam wracać sama idąc do rpzystanku piechota, nie mogłam dużo wziąć ciężkich rzeczy, więc nie było potrzeby szykować za wiele. Wczoraj zrobiłam sporo, choć przyjechałam dopiero na południe. Syrop dałam, liście sprzed domu zgrabiłam, donice duże uporządkowałam, winogron z jabłoni ścięłam i pcoięłam na krótkie kwałaki do wysuszenia, dwa prania nastawiłam, szafkę w korytarzu przestawiłam i złożyłam dwie razem, trochę jabłek i winogron urwałam, szyszki pozbierałam spod świerka, suszę je na rozpałkę, suszyłam też orzechy włoskie. A dzisiaj był czas na relaks, wreszcie usiadłam w altanie pod winogronem i spokojnie wypiłam kawę, czytając książkę. Taka spokojna, ciepła godzina. Cicho, nawet u sąsiadów nic nie było słychać. Może wyjechali. Tylko ptaki, sikorki przemykały między rzedniejącymi liśćmi. Na wysokim drzewie dwa domy dalej całą koronę obsiadły jakieś ciemne ptkai - myślę, że to szpaki przed odlotem. Sąsiadka mówiła mi, że w ciągu tygodnia cąła chmara nawiedziła moje obejście za stodołą. Pewnie na winogronie tam siedziały, ale jeszcze i tak zostało go dużo. Nie widać za bardzo braków. Zółte liście spadają i zostają same fioletowe grona. Tak samo z leszczyn opadają liście, malowniczo opadają, lekko się kręcąc i dryfując ślizgiem przez płot. Gdy wiatr zawieje, leci ich  więcej jak złoty deszcz. Przepiękny taniec w powietrzu. Aż nie chce się nigdzie wracać do pracy, do ludzi, do zwyczajnych nudnych dni. 

*"Niedziela na wsi" - tytuł kryminału Aghaty Christie

poniedziałek, 08 października 2018
Nie jestem istotą społeczną?

Mam dosłownie dwie osoby w swoim życiu, których obecność mnie nie męczy, w sensie nie wyczerpuje psychicznie. W życiu zawodowym spotykam się z setkami osób codziennie, w skali przepracowanych lat są to dziesiątki tysięcy i jestem wdzięczna, że te kontakty prędzej czy później się kończą. Doprawdy, czuję się nieswojo, gdy ktoś zamierza zawartą przed laty znajomośc kontynuować już poza stosunkiem służbowym. Kiedyś pracowałam ze swoją imienniczką i rówieśniczką, obie urodziłyśmy się w tym samym roku. Jakoś tak w naturalny sposób nasze relacje zacieśniały się, często wspólpracowałyśmy przy wspólnych projektach. Później zmieniłma pracę, wyjeżdżając nieco dalej. Nie mogłyśmy już widywać się tak często, a zawodowo przestało nas cokolwiek łączyć. Pozostały kontakty prywatne i nawet je podtrzymywałyśmy. Były rozmowy telefoniczne, kartki na święta, odwiedziny. Z czasem zaczęło mnie to męczyć, coraz mniej miałam jej do powiedzenia. Od dłuższego czasu nie ma już między nami kontaktu. Miałabym trudność w opowiadaniu jej co u mnie słychać, co przeżywam. Z kolei z inną koleżanką, z którą kiedyś również pracowałam, zaciśniły się kontakty dopiero gdy ponownie zmieniłam pracę. Nasze stosunki z zawodowych przerodziły się w prywatną przyjaźń. Znam jej życie i problemy rodzinne, ona zna moje. Możemy sobie sporo prawdy powiedzieć. I lubimy sie odwiedzać, choć natłok obowiązków jest taki, że  długo się wcześniej umawiamy zanim spotkanie dojdzie do skutku. Jednak i u niej nie potrafię zbyt długo czuć się dobrze, a kiedy ona wpada do mnie, po 15  minutach staje się niespokojna, jej problemem jest wieczne zatroskanie. Nie potrafi odpocząć, przestać zamartwiać się o wszystko i wszystkich. Dlatego jest wiecznie zmęcozna, wyczerpana fizycznie i psychicznie. To jest kobieta, która nigdy nie odpoczywa. Dlatego męczy mnie czasami jej obecność, jej cierpiętnicza mina, jej widoczne przeciążenie. Wydaje mi się, że gdby nawet życie nie przynosiło jej żadnych trosk i probelemów (a któż ich nie ma?), to by sobie je wyznalazła. I mówię jej o tym wprost, bo jej nerwowość odbija się na innych członkach rodziny. Przyznaje mi rację i dalej robi swoje. I mam jeszcze kilkoro innych znajomych, koleżanki, kolegów, w ktorych gronie się spotykamy, rozmawiamy, dyskutujemy, ustalamy, projektujemy, wyjeżdżamy na imprezy, ale tak naprawdę po godzinie wspólnego pobytu gdziekolwiek mam dość i jestem tak zmęczona, że chcę uciec. Zaczynam się nudzić lub irytować, że niczym mnie już nie zaskoczą, że w kółko mówią to samo, że są monotematyczni, że myślą stereotypowo i żadna dyskusja w zasadzie  do niczego nowego nie prowadzi. Mam więc tylko dwie osoby, z którymi przebywanie mnie nie męczy, a rozmowa nie wyczerpuje psychicznie. Jedna to moja siostra. Znamy się jak łyse konie, więc nawet milczeć możemy razem i wszystko wiadomo ;-) Chociaz i ona od jakiegoś czasu potrafi mnie znużyć swoimi "problemami", które polegają na tym, że to nie jej problemy, tylko na przykład sąsiadki ;-) Ale przebywanie z nią mimo wszystko mnie nie męczy, bo powiemy sobie parę zdań do słuchu i jest w porządku. Druga osoba to A., z którym widuję się tak rzadko, że nie ma możliwości się znudzić czy znużyć ;-) Żartuję, oczywiście, bo jak przez 4 lata był za granicą, to nie widywaliśmy się, ale za to nasze rozmowy telefoniczne trwały przez pół nocy.  Niemniej nigdy żadna rozmowa z nim mnie nie znudziła. Zadziwiające, biorąc pod uwagę, że pracujemy w całkowicie odmiennych sektorach, obracamy się w zupełnie innych środowiskach i tak naprawdę nasze zainteresowania prywatne i upodobania leżą na przeciwnych biegunach. Ale gadamy sobie, opowiadamy, co robimy, co nas spotyka, co nas wkurzyło i co zachwyciło. Mam kilka osób, które z częstotliwością zegarka dzwonią pogadać. I nie byłoby to trudne, gdyby te rozmowy były za każdym razem inne, świeże, o czymś nowym. Najczęściej jednak są zawsze o tym samym. A nic z nich nie wynika, żadne konsekwencje w postaci podjętych decyzji, zmian wprowadzanych w  życie. To mnie chyba właśnie męczy najbardziej. Jałowość.  Bo kiedy rozmawiam, albo nie rozmawiam z siostrą, to przynajmniej coś tam razem zrobimy. Są efekty. Kiedy rozmawiam z A,. to następnym razem dowiaduję się, że zrobił to i to, podjął jakieś decyzje, sa efekty. A inni? Beznadziejny stan stagnacji. Tylko dlaczego mnie nim obarczają? Jeśli człwoiek jest istortą społeczną, to mnie taka społeczność nie odpowiada. Nie jestem człowiekiem?... 

poniedziałek, 01 października 2018
Jak zostałam seniorką

Dopóki jestem w stanie, korzystam z możliwości. Wyjechałam na dwa dni do Warszawy. Trochę na atrakcje kulturalne, trochę dla odmiany, a przy okazji spotkałam się ze znajomym. Nocowałam jak zwykle u koleżanki i było mi u niej gorąco, choć rposiłam o niezamykanie okna (czwarte piętro) na noc. W moim miejskim mieskzaniu jeszcze nie grzeją, jest zimno. Można w dresie spać i się człowiek nie przegrzeje. W dizeń jako tako. I podczas pobytu pogoda też piękna dopisała. Wybraliśmy się na spacer i tka jakoś zawędrowaliśmy do Parku Saskiego, a tam namioty, jakieś oferty, cos gadają z głośników, muzyka... Chodzą wszędzie starsi ludzie z pojedynczymi różami w dłoniach. Jakas akcja dla seniorów. Już chcielismy sie zmyć i wywinąć spośród tłumu, gdy dopadło mnie jakieś dziecko lat naście i przejete głosi przemowę, że "z okazji Międyznarodowego Dnia Seniora" i tak dalej wręcza mi różę. Matko! Pora umierać!!! To ja wyglądam na seniorkę już?! Jestem zdołowana :-((( Znajomy, z którym byłam, śmiał się w kułak, bo on nie dostał kwiatka. A mnie się senioralnie dostało :-( Ja tu odliczam lata pracy do emerytury, narzekając, że mnie wcześniej nie chcą wypuścić, a  tu, proszę, kwiatkiem senioralnym prosto między oczy! Tak się staram być aktywna, nie dać poznać po sobie, ile lat dźwigam, w tramwajach i autobusach nie siadam, po kraju się tłukę busami, uczestnicząc w spotkaniach, koncertach, wystawach, przez internet robię zakupy, kawę piję codziennie, tabletek unikam, żeby nie zostać posądzoną o nie nadążanie, a wszystko na nic. Podchodzi taki szczyl nastoletni i od seniorek mi kwiatkiem wymyśla! Ja się nie zgadzam na takie traktowanie. Albo rybki,  albo akwarium: dostane emeryturę, moge być seniorką, ale póki mi każą tyrać, bom w wieku produkcyjnym, mówiąc brzydko, to na żadne seniorowanie się nie piszę. Wkurzona odwołałam jutrzejszą wizytę w specjalistycznym gabinecie badania słuchu. Nie będzie mi tu nikt starczej głuchoty mierzył!

środa, 26 września 2018
Rozważania przy porannej kawie

Lubię, kiedy rano mam więcej czasu, nie musząc biec do pracy na wczesną godzinę. Czy nie można by ustalić, że zawsze zaczynamy od dziewiątej? Ludzie by się wysypiali, byliby mniej sfrustrowani od samego rana, łatwiej by się pracowało. Ale znowu gdyby wszysyc zaczynali o tej samej porze, tłok i poranna frustracja przeniosłaby się po prostu na później. I tak źle, i tak niedobrze. Nie ma dobrego rozwiązania. Ja to bym zwyczajnie na emeryturę sobie poszła. I tak mam ogrom zajęć, więc nuda mi nie grozi. Tylko żyć z czegoś trzeba. Widmo emeryckiej nędzy przeraża. Na jakiś czas mam oszczędności, które pochłonie kapitalny remont domu, więc marne widoki na dłuższą perspektywę. Przyjdzie czas, że przecież nie będę mogła ani pracować zawodowo, ani tej rzodkiewki czy marchewki w ogródku uprawiać, żeby nie głodować. Co wtedy?  Zostaną orzechy? Same rosną, same dojrzewają i same z drzewa spadaja, tylko zbierać. Ale, ale, kto je rozłupie?...

Nie mam sygnału życia od H. Pisałam e-maile, wysłałam nawet kartkę zwykłą pocztą i nic. Wiem, że żyje, bo znajoma mówiła, że z nią rozmawiała jakiś czas temu. Zadziwiające. Jeszcze niedawno, do wiosny tego roku wiedziałam, że ma kłopoty na głowie, trudne obowiązki związane z bardzo wiekowa matką, nie narzucałam się wtedy, podtrzymywałam na duchu, a ona dzwoniła nawet regularnie i gadałyśmy nieraz po godzinie. Nie wychodziła z domu, nie prowadizła życia towarzyskiego, wtedy dzwoniła. Na wiosnę starsza pani zmarła. Po okresie pierwszej żałoby H. rzuciła się w wir światowego życia. Teraz nie dzowni, nie odpowiada, nie odbiera. Aż tak nie ma czasu? Dziwne to bardzo. 

niedziela, 23 września 2018
Dwa podejścia

Dwa podejścia zanim odzyskałam hasło ;-) Stare dzieje... Ależ ten czas płynie. Sama juz nie wiem, czy go śledzić, gonić, czy odpuścić. Czasami mam wielką ochotę się zatrzymać. W ogóle w zasadzie to ja lubię mieć święty spokój. Pędzący świat mnie męczy. Nawet to, że mnie tu straszą, że konto mi zlikwidują i blog usuną, bo mnie nie ma. Konieczność nadążania za technologią też mnie męczy. Zastanawiam się, czy dałoby się wróicić do dawnych czasów, gdy pobory dostawało się do ręki, a nie przelewem na konto. Czy zakład pracy może zażądać od pracownika bezwzględnego założenia konta bankowego? Jest taki przymus prawny?  Nie podoba mi się to wcale. I guzik mnie obchodzi, że pracodawcy byłoby trudniej, pare papierków więcje by musiał wypełnić, mam to w nosie. Ja chcę, zeby mnie było wygodniej, a nie instytucjom. Inwigilacja całkowita stale psotepująca., ot, co. Eechhh! Dawne czasy! Dobrze, że chociaż jeszcze jaja od własnych kur można na targu bez kasy fiskalnej sprzedawać i kupować ;-) 

Czasami korzystam z nowoczesności, ale się zżymam. Zamówiłam przed chwilą kawę. Ale z drugiej strony korona mi z głowy nei spadnie, jesli osobiście pojadę do pobliskiej palarni czy sklepu i na meisjcu sobie wybiorę. Może nawet lepiej by było z degustacją przed zakupem. Chwilowo mi się co prawda nie chce ruszyć tyłka, ale zmobilizowałabym się ;-) 

Dobra, zapisuję hasło i piję ostatnią kawę, bo stygnie. Pa!

 

PS Ale że ponad tysiąc wejść w ostatnim tygodniu, chociaż od półtora roku mnie nie ma?! Nie wiem, skąd, jakieś przekręty z licznikiem.

poniedziałek, 19 grudnia 2016
Minął rok

Musiałam zmienić hasło, bo zapomniałam poprzedniego. I teraz jak nie zapiszę, znowu zapomnę. 

Minął rok i zapewne trochę się zmieniłam. Ale czy dużo? Raczej nie. Tym bardziej, że nie udało się osiągnąć tego, co zamierzałam. Nie zmieniłam pracy. Podjęłam kroki, żeby zdobyć nowe kwalifikacje i nie udało się jeszcze. Będę próbowała dalej, ale chwilowo brak możliwości. Byłam już zapisana na szkolenie, lecz odwołano je. Czekam na kolejny termin. 

W pracy najgorsze emocje minęły, ale dzisiaj właśnie na zebraniu doszło do wycieczek personalnych i wzajemnego podkopywania się niektórych osób. Niewesoło to wygląda. W ubiegłym tygodniu otrzymałam na razie delikatne zapytanie czy podjęłabym się nowych obowiązków, gdyby zaszła taka konieczność. Oznacza to ni mniej, ni więcej tylko częściową przynajmniej zmianę przydziału, konieczność doszkalania się za własne pieniądze, rezygnację z pełnego zatrudnienia w swojej specjalizacji. Nie mam złudzeń. Przykry to niestety skutek tego, że mam dwie specjalizacje, gdy inni mają tylko jedną. Tylko mnie nikt nie zapyta, która mi bardziej odpowiada. Z coraz mniejszą liczbą ludzi rozmawiam i dzielę się opiniami w pracy. Nie warto. 

Pasiekę utrzymałam. Sama nie wiem, jak tego dokonałam, ale uratowałam, co prawda nie wszystkie, ale kilka pszczelich rodzin. Wywirowałam jakieś 40 kg miodu, przeważnie gryczanego. Prawie połowę dałam siostrze, przyjeżdżała nawet pomagać. Z poprzedniego roku, gdy było więcej uli, mam jeszcze dużo zapasów, tak więc na kilka lat jestem zaopatrzona. Na brata nie mogłam liczyć, bo w najgorętszym okresie letnim złamał rękę i był unieruchomiony. Do tej pory chodzi na rehabilitację i prawdopodobnie czeka go jeszcze jedna operacja, po której nie będzie mógł forsować ręki przez co najmniej 3 miesiące. O ile cała reszta będzie w porządku. 

W pracy koleżanki próbowały mojego miodu i są zachwycone smakiem i zapachem. Gdybym chciała, miałabym kupców, ale nie sprzedaję. To wszystko jeszcze czysta amatorszczyzna, wciąż się uczę i nie jestem pewna przyszłości. Sadziłam w tym roku dynie i też próbuję coś z nich wykombinować. Zupy dyniowe nawet mi wyszły. Zamiast ogórków, sadziłam cukinie i zakisiłam. Rewelacja. Podobnie jak kiszona kapusta. Nawet nie wiedziałam, że tak umiem ;-)

Odezwał się A. Wrócił do Polski. Jeszcze się nie widzieliśmy. Trochę obawiam się tego spotkania po prawie 6 latach. Zdaje się, że jest zadowolony z nowej pracy i obowiązków. Dostał się tam, gdzie planował i nawet mu się podoba. Uczy kolejnego języka obcego, zapomniałam jakiego. Japońskiego?... A jeszcze na początku jesieni przysłał esemesa, że chce jechać na Islandię ;-) 

Dzwonili brat i H. z życzeniami. Dostałam kartkę świąteczną od stryjecznego brata z USA. Przysłał ją na mój miastowy adres. Pisałam mu w ubiegłym roku, że na wsi nikt już nie odbierze. 

Od paru miesięcy co najmniej raz w tygodniu jeżdżę na pływalnię. Siostra mnie namówiła,  a ona ma towarzystwo. Chodzimy do sauny, na bicze wodne, na bąbelki. Ona jeszcze wchodzi na głęboką wodę, ja nie mam ochoty,a  pływać nie umiem. Odstresowuję się relaksacyjnie tylko, masuję stopy, łydki, uda, plecy. Latem i jesienią chodziłyśmy potem na dużą kawę. Taki rytuał :-) 

 

sobota, 19 grudnia 2015
Ostatni wpis

         Nie czuję potrzeby, aby cokolwiek wyjaśniać, cokolwiek komukolwiek udowadniać. Formuła blogu się wyczerpała i chyba nie jest mi już potrzebny. Był rodzajem eksperymentu, jedną z form aktywności, ale przecież tych form w życiu człowieka może być tak wiele, tak różnorodnych, że nie musimy przywiązywać się do tej jednej jedynej. Planowałam, że dzisiaj zakończę definitywnie i tak się właśnie stanie. Ne zawieszam pisania, nie przerywam go, tylko całkowicie kończę. Przez pewien czas blog będzie wisiał, dopóki go nie zarchiwizuję.  Niektóre wpisy uważam za warte zachowania. Zamierzam wszystko przejrzeć, przeczytać, zapisać w osobnym prywatnym pliku. Będzie to jakiś zapis kawałka mojego życia. A wtedy blog zlikwiduję.

         Dlaczego dziś? W zasadzie nieistotne. Wiele razy w życiu podejmujemy decyzje o rozpoczynaniu czegoś od nowa lub kończeniu dotychczasowego etapu. Też tak robię, ale nie wybierałam dat powszechnie traktowanych jako przejściowe, np. nie składałam noworocznych obietnic. Bo niby jakie znaczenie ma data 1 stycznia? Żadnej. To tylko zmiana cyfry w kalendarzu. Jeśli człowiek dojrzeje do jakiejś decyzji, każdy moment jest właściwy, aby ją podjąć. I każdy dzień tygodnia tak samo pasuje. Więc czemu nie miałoby być dziś?

          A jednak planowałam ten dzień od półtora roku i data nie jest przypadkowa. Tylko moje nadzieje na to, w jakim będę stanie fizycznym, psychicznym, w jakim życiowym momencie były chyba na wyrost. Chciałam coś osiągnąć, coś zaplanować, coś wreszcie ogarnąć, ale nic się nie udało. Trudno, chyba nie tędy droga. Blog miał być zapisem wprowadzanych zmian. Nie stał się, bo żadne zmiany nie nastąpiły, przynajmniej nie te, które wprowadzić zamierzałam. Cokolwiek zostało tu zapisane, jest to tylko świadectwo mojej klęski.

         Ale skoro, jak napisałam, i mocno w to wierzę, każdy dzień życia może być tym, który będzie początkiem nowego etapu, będzie początkiem zmian, to dziś jest najlepszy moment. Bo tylko dziś istnieje. Jutra jeszcze nie ma, a wczoraj przeminęło. Zaczynam więc od dziś nowe życie. Jakie będzie? Kto to może wiedzieć? Dziś kończę pisać blog, zamykam miniony czas, zaczynam nowy rozdział, otwieram nowe drzwi. Dziękuję wszystkim, którzy mnie odwiedzali i komentowali. Każda forma rozmowy, nawet prowadzonej na odległość, zbliża ludzi i bywa inspirująca.

        Dziś kończę 50 lat. To dobry moment, aby zacząć od nowa.

     

piątek, 18 grudnia 2015
Nadszedł czas. Dzień 473

         A więc nadszedł czas pożegnać się z blogiem. Zaczynając pisać cykl numerowanych wpisów w kolejne dni, od początku przyjęłam datę końcową wyznaczoną na 19 grudnia, czyli jutro. Planowałam dzień po dniu zapisywać jeden rok swojego życia, ale ponieważ zaczęłam wcześniej, zrobiło się wpisów znacznie więcej, a rachuba wskazuje na 473 dni. Miał to być w pewnym sensie rok przełomowy, w którym pewne rozgrzebane sprawy (spadek w A., odzyskanie działki po dziadkach) zakończę, pewne rozpocznę (poszukiwanie nowej pracy, nauka języków). Rzeczywistość okazała się inna  a życie potoczyło się nieoczekiwanym torem. Nie tak wyobrażałam sobie ten rok i nie tak miał wyglądać blog. Zabrakło mi determinacji na zrealizowanie planów, a najbardziej przełomowym wydarzeniem okazała się śmierć Taty, czego w żaden sposób przewidzieć nie było można.

       Swego czasu rozpoczęłam kilka cykli, jak "Słownik" (pięć odcinków), "Siedem grzechów głównych" (jeden odcinek) - żadnego nie doprowadziłam do końca. I już nie zamierzam. Może mi się nie chce, a może nie widzę sensu. Na samym, samym początku, kiedy jeszcze nie numerowałam wpisów, założenie było jeszcze inne, ale dziś i ono się zdewaluowało. Nie ma sensu wracać. Nie ma potrzeby. Pisanie blogu z samej definicji skażone jest pewną dozą schizofrenii: z jednej strony chcemy być absolutnie uczciwi i szczerzy, a z drugiej oczekujemy pozytywnych reakcji ewentualnych czytelników. Mimo to starałam się pisać dla siebie i wiele wpisów jest właśnie takich: diagnozuje mój stan ducha, umysłu, uczuć. Pisałam bynajmniej nie po to, by ktokolwiek miał cokolwiek na mój temat do powiedzenia. Bo cóż można powiedzieć o osobie schowanej za klawiaturą komputera? To zawsze jest tylko nasze złudzenie o drugim człowieku, nasze o nim wyobrażenie.

         Miałam wielki plan, można powiedzieć, patetyczny ;-) Zamierzałam na koniec napisać coś w rodzaju przesłania, jakieś wielkie credo, coś, co byłoby wielkim ostatnim słowem. Bardzo to śmieszne i uzurpatorskie w gruncie rzeczy. Bo tak naprawdę, co jest ważne?  I co można wiecznotrwałego ludziom powiedzieć? Jak tak spojrzeć na to wszystko, co człowiek ma do powiedzenia, niewiele słów wartych jest zapisania. Naprawdę, te wszystkie złote myśli, skrzydlate słowa, sentencje i motta są nic nie warte w obliczu codziennego zmagania się z przemijaniem, ze śmiercią. Tak samo te wszystkie bunty, protesty, cała ta walka o tzw. lepsze jutro. Jutro jest mrzonką, bo żyje się tylko dzisiaj. Nikt nie jest w stanie wrócić do wczoraj i nikt nie jest w stanie zagwarantować, że jutro w ogóle będzie.

      Dlatego nie będzie żadnego credo, żadnej dezyderaty, żadnego "ku pamięci". Przynajmniej na tyle uczciwości mnie stać, żeby się nie silić na "literacką" nieśmiertelność. Będzie tylko zwyczajny ostatni wpis. Och, zapewne, przez jakiś czas będę tęsknić za pisaniem, ale bądźmy szczerzy: czy na blogu rozgrywają się najważniejsze ludzkie sprawy? W życiu są pewne etapy: dzieciństwo, dorastanie, dojrzewanie, wybór zawodu, życiowej drogi. Pisanie na blogu też jest tylko etapem, nawet jeśli niektórzy potrafią i chcą pisać przez wiele, wiele lat. Ale przecież kiedyś zaczęli, kiedyś był ten początek. A wszystko, co miało początek, ma też koniec. A więc do jutra.

      

czwartek, 17 grudnia 2015
Stres i dylematy. Dzień 472

     Czwarta rano. Dobre sobie!

     Nie mogę spać. Zbierało się, zbierało i nazbierało. Już w dzień czułam narastający stres, ssanie w żołądku, nerwy. Taki tego skutek. Wieczorem zasnęłam, ale po dwóch godzinach obudziłam się raz, a teraz drugi raz i tylko się przewracam Męczą mnie sytuacje z pracy, które przyniosły w ostatnich dniach wiele nieprzyjemnych emocji. Frustracja, gniew, żal. Staram się do nich nie przywiązywać, logicznie sobie samej tłumaczę, że było, minęło, nie wróci, trzeba  żyć następnymi zadaniami,a le racjonalne myślenie to jedno, a zakodowane w podświadomości emocjonalne ślady to drugie. Sfery zupełnie odrębne i reakcje inne. No i teraz wszystkie nagromadzone frustracje się odzywają, wychodzą na wierzch. Stres daje objawy somatyczne: ból żołądka, ssanie, mdłości, bezsenność, rozdygotanie. A wypiłam nawet na noc kubek mleka. Nie pomogło. To wszystko skutek przymusu, jaki odczuwam przed podjęciem decyzji: jak zachować się w pracy - zwalczać chamstwo, butę, beznadziejność, czyli podjąć walkę z wiatrakami i w jaki sposób; w domu - jechać na święta do siostry czy zostać w domu, sama, zaszyć się daleko od ludzi, od wszystkich i dać upust emocjom? Takie dylematy. Niby głupie, ale czemu spędzają sen z powiek?

    

       Szósta po południu.

       Strasznie czuję się zmęczona, nieprzespana noc daje się we znaki. Niby chce mi się spać, czuję piasek w oczach, położyłam się na moment, ale nic z tego. Nie zasypiam, tylko jeszcze bardziej jestem zmęczona. Dzwoniła siostra, że jutro nie przyjeżdża, miałyśmy potem razem wracać na wieś. Rozłożyła ją choroba i to dokumentnie, ma zwolnienie do świąt. W ogóle nie może mówić, zainfekowane gardło, struny głosowe, krtań, oskrzela. To się zaprawiła. Nawet nie bardzo rozumiałam, co do mnie mówi przez telefon, skrzypiała jak nienaoliwione drzwi.

       A ja nie wiem, co mam robić, a w zasadzie to taki brak energii mną zawładnął, że kompletnie na nic nie mam siły ani ochoty. Wychodzę z pracy wypompowana całkowicie. A jeszcze dzisiaj po bezsennej nocy czuje się totalnie oklapnięta. Tyle tylko, że po powrocie nastawiłam pranie, żeby choć kosz opróżnić nieco przed świętami. Wczoraj nawet o tym zapomniałam, jeszcze pościel do prania odłożona. No to się pierze. A ja patrzę po mieszkaniu i po prostu jeden wielki bajzel widzę. Nic, nic nie robię i już nie liczę na to, że zdążę. Dobrze, że ta choinka ubrana prawie całkiem stoi, tyle świątecznego akcentu wystarczy. Kluski z makiem zawsze zdążę przygotować. Miałam jeszcze bigos robić, ale w zasadzie po co i dla kogo.

       Przyszły dzisiaj ostatnie prezenty, które zamówiłam. Mam już wszystko i nic więcej nie szukam. Nawet więcej wydałam na nie niż planowałam.  Przyszła pierwsza kartka świąteczna z życzeniami - od BANKU! Takie dzisiaj czasy, że ludzie nawzajem o sobie zapominają, rezygnujemy z podtrzymywania kontaktów, nie piszemy listów, nie wysyłamy kartek i tylko instytucje o nas pamiętają. Zostawiamy w nich swoje dane, swoje pieniądze, to potem mamy kartki urodzinowe od firmy handlowej, gdzie robimy zakupy, życzenia świąteczne  od banku, gdzie mamy konto, bon urodzinowy od zakładu usługowego, w  którym zamawialiśmy akcesoria elektroniczne. Otrzymałam taki niedawno - bon rabatowy na baterie przy zakupie środków czyszczących (!) w zakładzie, w którym byłam dziesięć lat temu.

       Praca staje się udręką i mordęgą. Dzisiaj nie miałam pięciu minut, żeby spokojnie pomyśleć. Tyle tylko, że kiedy byłam u szefa na rozmowie z byłym pracownikiem, który miał nam opowiedzieć o pierwszych latach pracy tutaj do monografii o firmie, mogłam łyknąć herbaty i zjeść ciastko podane przez sekretarkę. Ale to tylko ze względu na gościa, starszego już pana. W wolne dni świąteczne muszę już koniecznie zacząć to pisać, bo mnie szef objedzie, że nic nie ma jeszcze, a czas goni. Na początku jesieni mają być huczne obchody 50-lecia istnienia, a ja dostałam zadanie napisania monografii o firmie, historii od początku powstania do dnia dzisiejszego. Wciąż mam za mało materiałów i brak mi czasu, żeby przekopać się przez dokumenty. Ale wiem, że mnie to czeka i już dzisiaj czuję, że brak mi czasu.

        A jakby tego było mało, były dyrektor zwleka z dostarczeniem opisu lat swojego dyrektorowania. Najpierw chciałam z nim przeprowadzić wywiad, ale się wykręca. Potem dałam mu na piśmie pytania, to nie chce mus ie pisać. I tak zwleka, a czas ucieka. za to przyszedł ostatnio na początku tygodnia, żeby skonsultować hymn przedszkola (!). Poprawiałam coś tam na tekście, który mi pokazał. Chce, żebym jeszcze przychodziła na próby, gdy będą już ćwiczyć z muzyką. Tylko nie wiem, kiedy? Jak on sobie to wyobraża, bo ja nie bardzo to widzę.

        DoSz poszła na zwolnienie i od wczoraj jej nie ma. Z kolei nasza Celine Dijon jedzie jutro do Wiednia i chyba się obraziła, bo chciała pogadać, a ja właśnie pędziłam wezwana na tę rozmowę "gabinetową" i nie miałam czasu. Ja nie wiem, jak niektóre osoby u mnie w pracy znajdują czas, ze sobie siądą, gadają, omawiają, dyskutują, coś tam robią w międzyczasie, załatwiają prywatne sprawy. Nigdy się tego nie nauczyłam i pewnie to mój błąd. I już za późno, abym przyswoiła tę umiejętność. Prędzej zmienię pracę niż uda mi się tak lekceważąco i bezstresowo podchodzić do obowiązków. I dlatego potem nie śpię, niestety :-(

środa, 16 grudnia 2015
Prawie świętuję ;-) Dzień 471

      Wysłałam kilka świątecznych kartek z życzeniami. Trochę późno, ale jak na mnie i tak dobrze, bo zdarzało mi się, ze o ile w ogóle wysyłałam, to zabierałam się do ich pisania dopiero w same święta i dochodziły po Nowym Roku ;-) Nie lubię kartek internetowych, sama też takich nie wysyłam.  Wczoraj w sklepie znalazłam kilka tradycyjnych, z kolędami pocztówek, więc się skusiłam i dzisiaj poszły priorytetem. To może jednak dotrą na czas.

       Cieszę się, że przetrwałam dzisiaj w pracy. W ogóle środy z reguły mam bardzo ciężkie. W dodatku koleżanka wystawiła mnie do udzielania informacji prasowych przed dziennikarką. Tak jakby sama nie mogła. Rozumiem, że trudno jej było samej ogarnąć  ludzi, gości z powiatu, czuwać nad przebiegiem prac, ale jako główna organizatorka powinna mieć coś do powiedzenia. A ona łup! Idź do wywiadu - do mnie mówi. No przecież przy osobach z zewnątrz nie będę się kłócić. I tak zostałam "informatorem z zaufanego źródła" ;-) Jutro zapowiada się pracowicie, ale to już całkiem inny rodzaj obciążenia niż dzisiaj i łatwiej da się przetrwać.

        Ha, mam już śledzie na święta. Planowałam też kupić kapustę kiszoną i NIE MA w sklepie. No wiecie, co? Żeby kapusty zabrakło?? No, czas zamykać komputer, bo mam jeszcze sporo pracy na jutro. Trochę odsapnęłam psychicznie po dzisiejszych wyczynach, trzeba wziąć się do roboty. 

wtorek, 15 grudnia 2015
Jeszcze bardziej przed świętami. Dzień 470

       To się pomyliłam. Impreza jest jutro. Nastawiałam się na dzisiaj, a tu ciastka nie było ;-) Poszłam do sklepu i sama nakupiłam ju różnych rzeczy na święta. Mak przede wszystkim. Parę słodkości. I cukierki na choinkę. Z dzieciństwa pamiętam, że zawsze były cukierki. Powieszę jak dawniej. W pracy kupiłam dzisiaj stroik i banieczkę w podobnych kolorach. I zapomniałam wziąć do domu. Stroik zostawię, ale banieczkę bym wzięła do domu. Może nie zginie do jutra.

        Napisałam kartkę świąteczną do stryjecznego brata do USA. Nie wie o śmierci Taty. Musiałam napisać. Ciężko tak... Zbierałam się do tego pisania przez kilka dni. Jutro wyślę. w ogóle chyba mnie czeka dzień "zwiedzania" miasta, bo i do szewca buty odebrać, i na pocztę, i do księgarni przy kościele po opłatki. Brakuje mi jeszcze kapusty do grzybów i bigosu, ale to na tagu, trochę później. Jeszcze powinnam zdążyć. Z mycia okien nic nie będzie, bo właśnie zaczął padać mokry śnieg, śnieg z deszczem. Mogę umyć od środka, ale otwierać na zewnątrz nie mam zamiaru.

       Straszny natłok w pracy się zrobił. Dlaczego tak się wszystko kumuluje akurat przed świętami? Jak na złość, jakby człowiek mało miał do roboty. Dzisiaj odwiedził mnie w pracy znajomy, taki znajomy po linii służbowej, że się tam wyrażę,  i przyniósł... tomik swoich wierszy. To dopiero niespodzianka. Zajrzałam - dedykacja jest, ale w jednym utworze jest także moje nazwisko! I co ja mam z tym fantem zrobić?...

poniedziałek, 14 grudnia 2015
Przed świętami. Dzień 469

       Trudno się wyrobić. Nie przygotowuję świąt dla całej rodziny, a jednak czasu na wszystko brak.  Jak dotąd nic w sferze kulinarnej nie przygotowałam. Nawet nie robiłam zakupów. Najpierw muszę zrobić listę. Jutro też nie wiem, czy zdążę, czy w ogóle będę pamiętała. Planowałam jeszcze kartki wysłać ze trzy, nie więcej. No, wypada, bo jedną już nawet dostałam. To wypada również wysłać, tym bardziej, że innego kontaktu nie mam. Tylko, że w tym roku te kartki będą smutne. Dlatego zwlekam.

       Choinka ustrojona. Wydawało mi się, że mam tyle ozdób, baniek. Dopóki choineczki miałam w poprzednich latach malutkie, nastolikowe, wszystko się nawet nie mieściło. A teraz, kiedy choinka spora, bo stojąca na podłodze w doniczce, wyszło jakoś pustawo. Będzie tam, niczego nie będę kupować. Wystarczy. Kiermasz świąteczny w niedzielę będzie w domu kultury, może zajrzę i coś wybiorę. Jeszcze Święta Rodzina - dzieło ludowego artysty - ale to dopiero w samą Wigilię ustawię gdzieś, aha, siano ze wsi przywieźć w sobotę, ot, żebym nie zapomniała. 

        Piję te zioła, piję i pokrzywa się skończyła, skrzyp na wykończeniu, parę torebek zostało, podobnie herbatki zdrowotne: na regulację poziomu cukru i obniżenie cholesterolu. Samo zdrowie, powinnam być zdrowa jak ryba, a tu w kolanach skrzypi, w krzyżach łamie, w głowie szumi i muszę iść do dentysty. Gdzie ja się teraz przed świętami do dentysty dostanę?!

         Jutro i pojutrze dwa ciężkie dni, a potem już z górki. Mam nadzieję. Żeby tylko dwa dni najbliższe przetrwać. Najgorsze. Muszę zacisnąć zęby i trwać jak ten dąb niewzruszony. Ale to sporo nerwów kosztuje, oj, sporo. Pocieszam się, że po imprezie może załapię się na ciasto u dziewczyn.

          Dzwonił brat, z pracy wrócił przed dwudziestą dopiero. Nie wiem, jak on wyrabia. Potem dzwoniłam ja z kolei do siostry. Ta natomiast w drodze powrotnej z siłowni. A mnie czeka kolejna sterta papierów do ogarnięcia i... mam nowe książki. Aż pięć. Nie pamiętałam, że tyle zamówiłam. Teraz czytam trzy jednocześnie i wszystkie w podobnej formie, pamiętniki, wspomnienia, listy.... Jedna z czasów XVIII wieku, druga z lat dwudziestych XX wieku i trzecia z lat osiemdziesiątych. Do świąt mi starczy :-)

       

niedziela, 13 grudnia 2015
Bez ekstrawagancji. Dzień 468

      A dzisiaj leje. Mówi się "trudno" i żyje się dalej. Po raz pierwszy wyszła mi pięknie chrupiąca i miękka pieczona cielęcina. Znalazłam jeszcze ostatni kawałek, a ponieważ kotletów nie robię i nie jadam, postanowiłam upiec. Pokroiłam w plastry o szerokości 1-1,5 cm, posoliłam, posypałam papryczką, ziołami (estragon, oregano). Nie używałam pieprzu, bo ostatnio dowiedziałam się,  że pieprz nie jest zdrowy, gdyż zatyka żyły. Dlatego papryczka. No i ząbki czosnku w środek. Zawinęłam każdy plaster osobno w folię do pieczenia i do piekarnika na godzinę w 150. stopniach. Wyszła miękka i w sam raz. A do kawy usmażyłam naleśniki. Dawno ich nie jadłam. Teraz już tylko ulubiona kawa z kardamonem i cynamonem. Odpoczywam i czytam książkę. Wieczorem może ustroję choinkę, choć to wciąż za wcześnie. Wiem, dzisiaj zawieszę tylko gwiazdki. I tak codziennie coś dodam. A całość dokończę jak należy, tuż przed świętami. 

sobota, 12 grudnia 2015
Piękny był Dzień 467

       Deszczowe prognozy nie sprawdziły się. Przynajmniej przez większą część dnia. Po porannej kawie, zlustrowaniu internetowych wiadomości (nic ciekawego) i przejrzeniu poczty (kupa spamu) po dziewiątej pojechałam rowerem na "ranczo". Właśnie przestało padać i czym prędzej chciałam objechać, zajrzeć do domu, obejść gospodarstwo, sprawdzić stan okien i zamków. Na trawniku po przeciwnej stronie mojej bramy pełno skorupek po jajkach, komuś się rozbiły? Wypadły? Czy tak wygląda może pozbywanie się własnych śmieci?

        Mrozu nadal nie ma, zimy nie widać, ziemia mokra i miękka. W takim razie nabrałam z kompostu w pięć doniczek i wiaderko, które służy do sadzenia w nim pomidorów. Wstawiłam do garażu, będzie jak znalazł na wiosnę, na rozsady, gdyby jednak zima się namyśliła, przywaliła śniegiem i skuła ziemię na kamień. Nie wiadomo, jak będzie, więc tym razem oporządziłam róże. Przycięłam, związałam, otuliłam świerkowymi gałązkami. I japoński krzew, którego nazwy nie pamiętam. Tylko tyle, w słomiane chochoły od dawna się nie bawię, bo i tak na wiosnę musiałam ścinać sporo pędów, a one wypuszczały z korzenia.

        Sine chmury przewalały się cały czas, ale nie padało. Tylko wiatr się wzmagał. Przywiozłam nowe karmidełka dla sikorek i słoninę do powieszenia. Poprzedniego nie zjadły, za ciepło było, ale widzę, że miejsce dobre wybrałam, bo koty też nie buszowały. Powiesiłam jeszcze jeden ptasi pojemnik w krzewie dzikiej róży, tam kot nie wejdzie za nic. Kawałki słoniny na sośnie i na śnieguliczce. Zobaczymy za tydzień, co z tego będzie. Już przy mnie, gdy nabierałam ziemię, sikorki raban robiły i zbliżały się do jedzenia, niecierpliwie czekając aż zniknę z pola widzenia. Udawałam, że nie patrzę, wtedy podlatywały. Skubane! Jak tylko głowę podniosłam, zaraz odfruwały spłoszone.

        Z pędów róży, na których zachowały się owoce po przekwitnięciu, zrobiłam suchy bukiet do kuchni. Może stać całą zimę. Przynajmniej czerwone owoce wnoszą trochę koloru do szarego tła za oknem. Przespacerowałam się do sadu. Wiatr się wzmagał i przez czapkę wiało, ale lubię taką pogodę. Kury od sąsiada grzebały w liściach. Te to wygrzebią wszystko, przynajmniej nie będzie zarastać pod krzewami. Znowu przyniosłam jakieś porozrzucane butelki po pepsi, oleju, wodzie mineralnej. Jeszcze miejsce w worku miałam.

          Powrót rowerem dosyć ciężki, bo pod wiatr. No a ja teraz straciłam kondycję, siedząc przez całe tygodnie w mieście. Kręciłam i kręciłam pod wiatr aż mnie uda rozbolały. Słowo daję, wolę chodzić niż jeździć rowerem, mniej mnie to kosztuje energii. Chmury wciąż przewalały się z zachodu na wschód, lecz nawet smugi błękitu między nimi od czasu do czasu było widać. Robiło się chwilami jaśniej.  Zanim dojechałam, złote słońce wyjrzało zza pasma ciemnych chmur na zachodzie. W sama porę. Wybierałam się na przystanek. Widok cudny: nad głową mam ciemne sino-fioletowe chmury, na obrzeżach, zwłaszcza od zachodu, nad horyzontem pasmo czystego nieba, a na nim okrągłe złote słońce. Siność nad głową ma jednak swoje prawa i zaczęło ostro zacinać z wiatrem, siekło na ukos. Szłam prosto pod ten deszcz, z parasolką wyginającą się pod naporem wiatru, twarz osłoniłam, ale poniżej kolan spodnie mokre. Po paru minutach deszcz przestał zacinać, zmniejszył się, w końcu ustał, za to wiatr huczał w drzewach i giął gałęzie. Chmury na niebie przyspieszyły. Ta deszczowa gdzieś pognała na wschód, znowu błysnęły wąskie pasma błękitnego nieba. A na zachodzi nad horyzontem świeciło słońce coraz jaśniej, coraz dalej, w końcu objęło i mnie i okolicę. Wszystkie suche trawy na miedzach zabarwiły się w jego blasku na rudo. A wiatr huczał jeszcze trochę, potem ucichł. Wróciłam do miasta.

piątek, 11 grudnia 2015
Choinka w centrum a wokoło bajzel ;-) Dzień 465 i 466

       Od wczoraj do dzisiaj przed południem nie było Internetu. Awaria w całym mieście czy gdzieś dalej. A i tak nie miałabym za bardzo czasu, chyba późnym wieczorem, bo przywieźli świnię i miałam gości. Nie napracowałam się wcale, wszystko gotowe, poporcjowane, uwędzone, popakowane w woreczki. Tylko układałam w szufladach. Wędliny uwędzone, kiełbasa, boczek, szynka, pasztet już zamrożony w trzech dużych porcjach, słonina poporcjowana - wszystko zrobione przez szwagra. Nawet nie próbował i dopiero jak wczoraj siedliśmy do stołu, spróbował swoich wyrobów. Dobrego mam szwagra :-)

      Wieczorem siostra ze szwagrem i jeszcze jej dwie koleżanki wpadli po spektaklu na kawę i ciastko. Prawdziwie świąteczny wieczór, kazali mi stroić choinkę, bo na razie stoi tylko posadzona w doniczce i wodę pije. Ubierać ją zamierzałam dopiero tuż przed świętami, nie wcześniej niż za tydzień. No ale skoro i tak wybierałam światełka dla bałwana, zawiesiłam chociaż lampki.

       W pracy zrobiło się nerwowo, bo zarządziłam na dzisiaj zebranie zespołu. Znowu dylematy, jak od jesieni ubiegłego roku i na wiosnę , pisać czy nie pisać petycję. Mam wątpliwości czy to akurat właściwa droga działania. Z drugiej strony, może i nie zaszkodzi, ale kto ma się podpisać. Moim zdaniem nie my, jako pracownicy, tylko dyrekcja w imieniu całego zespołu i instytucji. Tymczasem szefostwo zamierza nas "poprzeć", ale bez podpisywania się. To nie w porządku. Trochę jak umywanie rąk, bo znowu pójdzie po mieście fama, że u nas pracownicy się buntują. Musimy to przemyśleć i przedyskutować jeszcze.

       Coraz bardziej czekamy na święta i chwilę oddechu, tym bardziej, że znowu szykuje mi się ostry tydzień. Trochę dlatego, że DoS poszła na zwolnienie i obiecałam Irci pomoc, bo miały razem realizować powiatowy projekt. Ircia została sama, więc pomogę, zwłaszcza, że mnie najłatwiej, bo jestem najbliżej. Będzie dobrze.

         Chyba też rekolekcje są w przyszłym tygodniu, ale nie pamiętam dokładnie, kiedy się zaczynają. O myciu okien nie ma co marzyć, bo całe dni spędzam w pracy, wracam po zmroku, a jak wcześniej, to mam ważne załatwienia (wczoraj z banku dzwonili), a w sobotę jadę na wieś. Kwiatki nadal czekają na przesadzanie, szafy i regały z książkami na odkurzanie, trochę ciuchów na renowację i szycie, kuchnia i przedpokój na malowanie, stosik książek przy łóżku na czytanie... Kiedyś, kiedyś to zrobię ;-)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37