Opisać świat nie jest łatwo, opisać nonsens - niemożliwe. Lasciate ogni speranza, voi chentrate.
Kategorie: Wszystkie | absurdy | poglądy | prowincja | słownik | złoty środek | życie
RSS
sobota, 19 grudnia 2015
Ostatni wpis

         Nie czuję potrzeby, aby cokolwiek wyjaśniać, cokolwiek komukolwiek udowadniać. Formuła blogu się wyczerpała i chyba nie jest mi już potrzebny. Był rodzajem eksperymentu, jedną z form aktywności, ale przecież tych form w życiu człowieka może być tak wiele, tak różnorodnych, że nie musimy przywiązywać się do tej jednej jedynej. Planowałam, że dzisiaj zakończę definitywnie i tak się właśnie stanie. Ne zawieszam pisania, nie przerywam go, tylko całkowicie kończę. Przez pewien czas blog będzie wisiał, dopóki go nie zarchiwizuję.  Niektóre wpisy uważam za warte zachowania. Zamierzam wszystko przejrzeć, przeczytać, zapisać w osobnym prywatnym pliku. Będzie to jakiś zapis kawałka mojego życia. A wtedy blog zlikwiduję.

         Dlaczego dziś? W zasadzie nieistotne. Wiele razy w życiu podejmujemy decyzje o rozpoczynaniu czegoś od nowa lub kończeniu dotychczasowego etapu. Też tak robię, ale nie wybierałam dat powszechnie traktowanych jako przejściowe, np. nie składałam noworocznych obietnic. Bo niby jakie znaczenie ma data 1 stycznia? Żadnej. To tylko zmiana cyfry w kalendarzu. Jeśli człowiek dojrzeje do jakiejś decyzji, każdy moment jest właściwy, aby ją podjąć. I każdy dzień tygodnia tak samo pasuje. Więc czemu nie miałoby być dziś?

          A jednak planowałam ten dzień od półtora roku i data nie jest przypadkowa. Tylko moje nadzieje na to, w jakim będę stanie fizycznym, psychicznym, w jakim życiowym momencie były chyba na wyrost. Chciałam coś osiągnąć, coś zaplanować, coś wreszcie ogarnąć, ale nic się nie udało. Trudno, chyba nie tędy droga. Blog miał być zapisem wprowadzanych zmian. Nie stał się, bo żadne zmiany nie nastąpiły, przynajmniej nie te, które wprowadzić zamierzałam. Cokolwiek zostało tu zapisane, jest to tylko świadectwo mojej klęski.

         Ale skoro, jak napisałam, i mocno w to wierzę, każdy dzień życia może być tym, który będzie początkiem nowego etapu, będzie początkiem zmian, to dziś jest najlepszy moment. Bo tylko dziś istnieje. Jutra jeszcze nie ma, a wczoraj przeminęło. Zaczynam więc od dziś nowe życie. Jakie będzie? Kto to może wiedzieć? Dziś kończę pisać blog, zamykam miniony czas, zaczynam nowy rozdział, otwieram nowe drzwi. Dziękuję wszystkim, którzy mnie odwiedzali i komentowali. Każda forma rozmowy, nawet prowadzonej na odległość, zbliża ludzi i bywa inspirująca.

        Dziś kończę 50 lat. To dobry moment, aby zacząć od nowa.

     

piątek, 18 grudnia 2015
Nadszedł czas. Dzień 473

         A więc nadszedł czas pożegnać się z blogiem. Zaczynając pisać cykl numerowanych wpisów w kolejne dni, od początku przyjęłam datę końcową wyznaczoną na 19 grudnia, czyli jutro. Planowałam dzień po dniu zapisywać jeden rok swojego życia, ale ponieważ zaczęłam wcześniej, zrobiło się wpisów znacznie więcej, a rachuba wskazuje na 473 dni. Miał to być w pewnym sensie rok przełomowy, w którym pewne rozgrzebane sprawy (spadek w A., odzyskanie działki po dziadkach) zakończę, pewne rozpocznę (poszukiwanie nowej pracy, nauka języków). Rzeczywistość okazała się inna  a życie potoczyło się nieoczekiwanym torem. Nie tak wyobrażałam sobie ten rok i nie tak miał wyglądać blog. Zabrakło mi determinacji na zrealizowanie planów, a najbardziej przełomowym wydarzeniem okazała się śmierć Taty, czego w żaden sposób przewidzieć nie było można.

       Swego czasu rozpoczęłam kilka cykli, jak "Słownik" (pięć odcinków), "Siedem grzechów głównych" (jeden odcinek) - żadnego nie doprowadziłam do końca. I już nie zamierzam. Może mi się nie chce, a może nie widzę sensu. Na samym, samym początku, kiedy jeszcze nie numerowałam wpisów, założenie było jeszcze inne, ale dziś i ono się zdewaluowało. Nie ma sensu wracać. Nie ma potrzeby. Pisanie blogu z samej definicji skażone jest pewną dozą schizofrenii: z jednej strony chcemy być absolutnie uczciwi i szczerzy, a z drugiej oczekujemy pozytywnych reakcji ewentualnych czytelników. Mimo to starałam się pisać dla siebie i wiele wpisów jest właśnie takich: diagnozuje mój stan ducha, umysłu, uczuć. Pisałam bynajmniej nie po to, by ktokolwiek miał cokolwiek na mój temat do powiedzenia. Bo cóż można powiedzieć o osobie schowanej za klawiaturą komputera? To zawsze jest tylko nasze złudzenie o drugim człowieku, nasze o nim wyobrażenie.

         Miałam wielki plan, można powiedzieć, patetyczny ;-) Zamierzałam na koniec napisać coś w rodzaju przesłania, jakieś wielkie credo, coś, co byłoby wielkim ostatnim słowem. Bardzo to śmieszne i uzurpatorskie w gruncie rzeczy. Bo tak naprawdę, co jest ważne?  I co można wiecznotrwałego ludziom powiedzieć? Jak tak spojrzeć na to wszystko, co człowiek ma do powiedzenia, niewiele słów wartych jest zapisania. Naprawdę, te wszystkie złote myśli, skrzydlate słowa, sentencje i motta są nic nie warte w obliczu codziennego zmagania się z przemijaniem, ze śmiercią. Tak samo te wszystkie bunty, protesty, cała ta walka o tzw. lepsze jutro. Jutro jest mrzonką, bo żyje się tylko dzisiaj. Nikt nie jest w stanie wrócić do wczoraj i nikt nie jest w stanie zagwarantować, że jutro w ogóle będzie.

      Dlatego nie będzie żadnego credo, żadnej dezyderaty, żadnego "ku pamięci". Przynajmniej na tyle uczciwości mnie stać, żeby się nie silić na "literacką" nieśmiertelność. Będzie tylko zwyczajny ostatni wpis. Och, zapewne, przez jakiś czas będę tęsknić za pisaniem, ale bądźmy szczerzy: czy na blogu rozgrywają się najważniejsze ludzkie sprawy? W życiu są pewne etapy: dzieciństwo, dorastanie, dojrzewanie, wybór zawodu, życiowej drogi. Pisanie na blogu też jest tylko etapem, nawet jeśli niektórzy potrafią i chcą pisać przez wiele, wiele lat. Ale przecież kiedyś zaczęli, kiedyś był ten początek. A wszystko, co miało początek, ma też koniec. A więc do jutra.

      

czwartek, 17 grudnia 2015
Stres i dylematy. Dzień 472

     Czwarta rano. Dobre sobie!

     Nie mogę spać. Zbierało się, zbierało i nazbierało. Już w dzień czułam narastający stres, ssanie w żołądku, nerwy. Taki tego skutek. Wieczorem zasnęłam, ale po dwóch godzinach obudziłam się raz, a teraz drugi raz i tylko się przewracam Męczą mnie sytuacje z pracy, które przyniosły w ostatnich dniach wiele nieprzyjemnych emocji. Frustracja, gniew, żal. Staram się do nich nie przywiązywać, logicznie sobie samej tłumaczę, że było, minęło, nie wróci, trzeba  żyć następnymi zadaniami,a le racjonalne myślenie to jedno, a zakodowane w podświadomości emocjonalne ślady to drugie. Sfery zupełnie odrębne i reakcje inne. No i teraz wszystkie nagromadzone frustracje się odzywają, wychodzą na wierzch. Stres daje objawy somatyczne: ból żołądka, ssanie, mdłości, bezsenność, rozdygotanie. A wypiłam nawet na noc kubek mleka. Nie pomogło. To wszystko skutek przymusu, jaki odczuwam przed podjęciem decyzji: jak zachować się w pracy - zwalczać chamstwo, butę, beznadziejność, czyli podjąć walkę z wiatrakami i w jaki sposób; w domu - jechać na święta do siostry czy zostać w domu, sama, zaszyć się daleko od ludzi, od wszystkich i dać upust emocjom? Takie dylematy. Niby głupie, ale czemu spędzają sen z powiek?

    

       Szósta po południu.

       Strasznie czuję się zmęczona, nieprzespana noc daje się we znaki. Niby chce mi się spać, czuję piasek w oczach, położyłam się na moment, ale nic z tego. Nie zasypiam, tylko jeszcze bardziej jestem zmęczona. Dzwoniła siostra, że jutro nie przyjeżdża, miałyśmy potem razem wracać na wieś. Rozłożyła ją choroba i to dokumentnie, ma zwolnienie do świąt. W ogóle nie może mówić, zainfekowane gardło, struny głosowe, krtań, oskrzela. To się zaprawiła. Nawet nie bardzo rozumiałam, co do mnie mówi przez telefon, skrzypiała jak nienaoliwione drzwi.

       A ja nie wiem, co mam robić, a w zasadzie to taki brak energii mną zawładnął, że kompletnie na nic nie mam siły ani ochoty. Wychodzę z pracy wypompowana całkowicie. A jeszcze dzisiaj po bezsennej nocy czuje się totalnie oklapnięta. Tyle tylko, że po powrocie nastawiłam pranie, żeby choć kosz opróżnić nieco przed świętami. Wczoraj nawet o tym zapomniałam, jeszcze pościel do prania odłożona. No to się pierze. A ja patrzę po mieszkaniu i po prostu jeden wielki bajzel widzę. Nic, nic nie robię i już nie liczę na to, że zdążę. Dobrze, że ta choinka ubrana prawie całkiem stoi, tyle świątecznego akcentu wystarczy. Kluski z makiem zawsze zdążę przygotować. Miałam jeszcze bigos robić, ale w zasadzie po co i dla kogo.

       Przyszły dzisiaj ostatnie prezenty, które zamówiłam. Mam już wszystko i nic więcej nie szukam. Nawet więcej wydałam na nie niż planowałam.  Przyszła pierwsza kartka świąteczna z życzeniami - od BANKU! Takie dzisiaj czasy, że ludzie nawzajem o sobie zapominają, rezygnujemy z podtrzymywania kontaktów, nie piszemy listów, nie wysyłamy kartek i tylko instytucje o nas pamiętają. Zostawiamy w nich swoje dane, swoje pieniądze, to potem mamy kartki urodzinowe od firmy handlowej, gdzie robimy zakupy, życzenia świąteczne  od banku, gdzie mamy konto, bon urodzinowy od zakładu usługowego, w  którym zamawialiśmy akcesoria elektroniczne. Otrzymałam taki niedawno - bon rabatowy na baterie przy zakupie środków czyszczących (!) w zakładzie, w którym byłam dziesięć lat temu.

       Praca staje się udręką i mordęgą. Dzisiaj nie miałam pięciu minut, żeby spokojnie pomyśleć. Tyle tylko, że kiedy byłam u szefa na rozmowie z byłym pracownikiem, który miał nam opowiedzieć o pierwszych latach pracy tutaj do monografii o firmie, mogłam łyknąć herbaty i zjeść ciastko podane przez sekretarkę. Ale to tylko ze względu na gościa, starszego już pana. W wolne dni świąteczne muszę już koniecznie zacząć to pisać, bo mnie szef objedzie, że nic nie ma jeszcze, a czas goni. Na początku jesieni mają być huczne obchody 50-lecia istnienia, a ja dostałam zadanie napisania monografii o firmie, historii od początku powstania do dnia dzisiejszego. Wciąż mam za mało materiałów i brak mi czasu, żeby przekopać się przez dokumenty. Ale wiem, że mnie to czeka i już dzisiaj czuję, że brak mi czasu.

        A jakby tego było mało, były dyrektor zwleka z dostarczeniem opisu lat swojego dyrektorowania. Najpierw chciałam z nim przeprowadzić wywiad, ale się wykręca. Potem dałam mu na piśmie pytania, to nie chce mus ie pisać. I tak zwleka, a czas ucieka. za to przyszedł ostatnio na początku tygodnia, żeby skonsultować hymn przedszkola (!). Poprawiałam coś tam na tekście, który mi pokazał. Chce, żebym jeszcze przychodziła na próby, gdy będą już ćwiczyć z muzyką. Tylko nie wiem, kiedy? Jak on sobie to wyobraża, bo ja nie bardzo to widzę.

        DoSz poszła na zwolnienie i od wczoraj jej nie ma. Z kolei nasza Celine Dijon jedzie jutro do Wiednia i chyba się obraziła, bo chciała pogadać, a ja właśnie pędziłam wezwana na tę rozmowę "gabinetową" i nie miałam czasu. Ja nie wiem, jak niektóre osoby u mnie w pracy znajdują czas, ze sobie siądą, gadają, omawiają, dyskutują, coś tam robią w międzyczasie, załatwiają prywatne sprawy. Nigdy się tego nie nauczyłam i pewnie to mój błąd. I już za późno, abym przyswoiła tę umiejętność. Prędzej zmienię pracę niż uda mi się tak lekceważąco i bezstresowo podchodzić do obowiązków. I dlatego potem nie śpię, niestety :-(

środa, 16 grudnia 2015
Prawie świętuję ;-) Dzień 471

      Wysłałam kilka świątecznych kartek z życzeniami. Trochę późno, ale jak na mnie i tak dobrze, bo zdarzało mi się, ze o ile w ogóle wysyłałam, to zabierałam się do ich pisania dopiero w same święta i dochodziły po Nowym Roku ;-) Nie lubię kartek internetowych, sama też takich nie wysyłam.  Wczoraj w sklepie znalazłam kilka tradycyjnych, z kolędami pocztówek, więc się skusiłam i dzisiaj poszły priorytetem. To może jednak dotrą na czas.

       Cieszę się, że przetrwałam dzisiaj w pracy. W ogóle środy z reguły mam bardzo ciężkie. W dodatku koleżanka wystawiła mnie do udzielania informacji prasowych przed dziennikarką. Tak jakby sama nie mogła. Rozumiem, że trudno jej było samej ogarnąć  ludzi, gości z powiatu, czuwać nad przebiegiem prac, ale jako główna organizatorka powinna mieć coś do powiedzenia. A ona łup! Idź do wywiadu - do mnie mówi. No przecież przy osobach z zewnątrz nie będę się kłócić. I tak zostałam "informatorem z zaufanego źródła" ;-) Jutro zapowiada się pracowicie, ale to już całkiem inny rodzaj obciążenia niż dzisiaj i łatwiej da się przetrwać.

        Ha, mam już śledzie na święta. Planowałam też kupić kapustę kiszoną i NIE MA w sklepie. No wiecie, co? Żeby kapusty zabrakło?? No, czas zamykać komputer, bo mam jeszcze sporo pracy na jutro. Trochę odsapnęłam psychicznie po dzisiejszych wyczynach, trzeba wziąć się do roboty. 

wtorek, 15 grudnia 2015
Jeszcze bardziej przed świętami. Dzień 470

       To się pomyliłam. Impreza jest jutro. Nastawiałam się na dzisiaj, a tu ciastka nie było ;-) Poszłam do sklepu i sama nakupiłam ju różnych rzeczy na święta. Mak przede wszystkim. Parę słodkości. I cukierki na choinkę. Z dzieciństwa pamiętam, że zawsze były cukierki. Powieszę jak dawniej. W pracy kupiłam dzisiaj stroik i banieczkę w podobnych kolorach. I zapomniałam wziąć do domu. Stroik zostawię, ale banieczkę bym wzięła do domu. Może nie zginie do jutra.

        Napisałam kartkę świąteczną do stryjecznego brata do USA. Nie wie o śmierci Taty. Musiałam napisać. Ciężko tak... Zbierałam się do tego pisania przez kilka dni. Jutro wyślę. w ogóle chyba mnie czeka dzień "zwiedzania" miasta, bo i do szewca buty odebrać, i na pocztę, i do księgarni przy kościele po opłatki. Brakuje mi jeszcze kapusty do grzybów i bigosu, ale to na tagu, trochę później. Jeszcze powinnam zdążyć. Z mycia okien nic nie będzie, bo właśnie zaczął padać mokry śnieg, śnieg z deszczem. Mogę umyć od środka, ale otwierać na zewnątrz nie mam zamiaru.

       Straszny natłok w pracy się zrobił. Dlaczego tak się wszystko kumuluje akurat przed świętami? Jak na złość, jakby człowiek mało miał do roboty. Dzisiaj odwiedził mnie w pracy znajomy, taki znajomy po linii służbowej, że się tam wyrażę,  i przyniósł... tomik swoich wierszy. To dopiero niespodzianka. Zajrzałam - dedykacja jest, ale w jednym utworze jest także moje nazwisko! I co ja mam z tym fantem zrobić?...

poniedziałek, 14 grudnia 2015
Przed świętami. Dzień 469

       Trudno się wyrobić. Nie przygotowuję świąt dla całej rodziny, a jednak czasu na wszystko brak.  Jak dotąd nic w sferze kulinarnej nie przygotowałam. Nawet nie robiłam zakupów. Najpierw muszę zrobić listę. Jutro też nie wiem, czy zdążę, czy w ogóle będę pamiętała. Planowałam jeszcze kartki wysłać ze trzy, nie więcej. No, wypada, bo jedną już nawet dostałam. To wypada również wysłać, tym bardziej, że innego kontaktu nie mam. Tylko, że w tym roku te kartki będą smutne. Dlatego zwlekam.

       Choinka ustrojona. Wydawało mi się, że mam tyle ozdób, baniek. Dopóki choineczki miałam w poprzednich latach malutkie, nastolikowe, wszystko się nawet nie mieściło. A teraz, kiedy choinka spora, bo stojąca na podłodze w doniczce, wyszło jakoś pustawo. Będzie tam, niczego nie będę kupować. Wystarczy. Kiermasz świąteczny w niedzielę będzie w domu kultury, może zajrzę i coś wybiorę. Jeszcze Święta Rodzina - dzieło ludowego artysty - ale to dopiero w samą Wigilię ustawię gdzieś, aha, siano ze wsi przywieźć w sobotę, ot, żebym nie zapomniała. 

        Piję te zioła, piję i pokrzywa się skończyła, skrzyp na wykończeniu, parę torebek zostało, podobnie herbatki zdrowotne: na regulację poziomu cukru i obniżenie cholesterolu. Samo zdrowie, powinnam być zdrowa jak ryba, a tu w kolanach skrzypi, w krzyżach łamie, w głowie szumi i muszę iść do dentysty. Gdzie ja się teraz przed świętami do dentysty dostanę?!

         Jutro i pojutrze dwa ciężkie dni, a potem już z górki. Mam nadzieję. Żeby tylko dwa dni najbliższe przetrwać. Najgorsze. Muszę zacisnąć zęby i trwać jak ten dąb niewzruszony. Ale to sporo nerwów kosztuje, oj, sporo. Pocieszam się, że po imprezie może załapię się na ciasto u dziewczyn.

          Dzwonił brat, z pracy wrócił przed dwudziestą dopiero. Nie wiem, jak on wyrabia. Potem dzwoniłam ja z kolei do siostry. Ta natomiast w drodze powrotnej z siłowni. A mnie czeka kolejna sterta papierów do ogarnięcia i... mam nowe książki. Aż pięć. Nie pamiętałam, że tyle zamówiłam. Teraz czytam trzy jednocześnie i wszystkie w podobnej formie, pamiętniki, wspomnienia, listy.... Jedna z czasów XVIII wieku, druga z lat dwudziestych XX wieku i trzecia z lat osiemdziesiątych. Do świąt mi starczy :-)

       

niedziela, 13 grudnia 2015
Bez ekstrawagancji. Dzień 468

      A dzisiaj leje. Mówi się "trudno" i żyje się dalej. Po raz pierwszy wyszła mi pięknie chrupiąca i miękka pieczona cielęcina. Znalazłam jeszcze ostatni kawałek, a ponieważ kotletów nie robię i nie jadam, postanowiłam upiec. Pokroiłam w plastry o szerokości 1-1,5 cm, posoliłam, posypałam papryczką, ziołami (estragon, oregano). Nie używałam pieprzu, bo ostatnio dowiedziałam się,  że pieprz nie jest zdrowy, gdyż zatyka żyły. Dlatego papryczka. No i ząbki czosnku w środek. Zawinęłam każdy plaster osobno w folię do pieczenia i do piekarnika na godzinę w 150. stopniach. Wyszła miękka i w sam raz. A do kawy usmażyłam naleśniki. Dawno ich nie jadłam. Teraz już tylko ulubiona kawa z kardamonem i cynamonem. Odpoczywam i czytam książkę. Wieczorem może ustroję choinkę, choć to wciąż za wcześnie. Wiem, dzisiaj zawieszę tylko gwiazdki. I tak codziennie coś dodam. A całość dokończę jak należy, tuż przed świętami. 

sobota, 12 grudnia 2015
Piękny był Dzień 467

       Deszczowe prognozy nie sprawdziły się. Przynajmniej przez większą część dnia. Po porannej kawie, zlustrowaniu internetowych wiadomości (nic ciekawego) i przejrzeniu poczty (kupa spamu) po dziewiątej pojechałam rowerem na "ranczo". Właśnie przestało padać i czym prędzej chciałam objechać, zajrzeć do domu, obejść gospodarstwo, sprawdzić stan okien i zamków. Na trawniku po przeciwnej stronie mojej bramy pełno skorupek po jajkach, komuś się rozbiły? Wypadły? Czy tak wygląda może pozbywanie się własnych śmieci?

        Mrozu nadal nie ma, zimy nie widać, ziemia mokra i miękka. W takim razie nabrałam z kompostu w pięć doniczek i wiaderko, które służy do sadzenia w nim pomidorów. Wstawiłam do garażu, będzie jak znalazł na wiosnę, na rozsady, gdyby jednak zima się namyśliła, przywaliła śniegiem i skuła ziemię na kamień. Nie wiadomo, jak będzie, więc tym razem oporządziłam róże. Przycięłam, związałam, otuliłam świerkowymi gałązkami. I japoński krzew, którego nazwy nie pamiętam. Tylko tyle, w słomiane chochoły od dawna się nie bawię, bo i tak na wiosnę musiałam ścinać sporo pędów, a one wypuszczały z korzenia.

        Sine chmury przewalały się cały czas, ale nie padało. Tylko wiatr się wzmagał. Przywiozłam nowe karmidełka dla sikorek i słoninę do powieszenia. Poprzedniego nie zjadły, za ciepło było, ale widzę, że miejsce dobre wybrałam, bo koty też nie buszowały. Powiesiłam jeszcze jeden ptasi pojemnik w krzewie dzikiej róży, tam kot nie wejdzie za nic. Kawałki słoniny na sośnie i na śnieguliczce. Zobaczymy za tydzień, co z tego będzie. Już przy mnie, gdy nabierałam ziemię, sikorki raban robiły i zbliżały się do jedzenia, niecierpliwie czekając aż zniknę z pola widzenia. Udawałam, że nie patrzę, wtedy podlatywały. Skubane! Jak tylko głowę podniosłam, zaraz odfruwały spłoszone.

        Z pędów róży, na których zachowały się owoce po przekwitnięciu, zrobiłam suchy bukiet do kuchni. Może stać całą zimę. Przynajmniej czerwone owoce wnoszą trochę koloru do szarego tła za oknem. Przespacerowałam się do sadu. Wiatr się wzmagał i przez czapkę wiało, ale lubię taką pogodę. Kury od sąsiada grzebały w liściach. Te to wygrzebią wszystko, przynajmniej nie będzie zarastać pod krzewami. Znowu przyniosłam jakieś porozrzucane butelki po pepsi, oleju, wodzie mineralnej. Jeszcze miejsce w worku miałam.

          Powrót rowerem dosyć ciężki, bo pod wiatr. No a ja teraz straciłam kondycję, siedząc przez całe tygodnie w mieście. Kręciłam i kręciłam pod wiatr aż mnie uda rozbolały. Słowo daję, wolę chodzić niż jeździć rowerem, mniej mnie to kosztuje energii. Chmury wciąż przewalały się z zachodu na wschód, lecz nawet smugi błękitu między nimi od czasu do czasu było widać. Robiło się chwilami jaśniej.  Zanim dojechałam, złote słońce wyjrzało zza pasma ciemnych chmur na zachodzie. W sama porę. Wybierałam się na przystanek. Widok cudny: nad głową mam ciemne sino-fioletowe chmury, na obrzeżach, zwłaszcza od zachodu, nad horyzontem pasmo czystego nieba, a na nim okrągłe złote słońce. Siność nad głową ma jednak swoje prawa i zaczęło ostro zacinać z wiatrem, siekło na ukos. Szłam prosto pod ten deszcz, z parasolką wyginającą się pod naporem wiatru, twarz osłoniłam, ale poniżej kolan spodnie mokre. Po paru minutach deszcz przestał zacinać, zmniejszył się, w końcu ustał, za to wiatr huczał w drzewach i giął gałęzie. Chmury na niebie przyspieszyły. Ta deszczowa gdzieś pognała na wschód, znowu błysnęły wąskie pasma błękitnego nieba. A na zachodzi nad horyzontem świeciło słońce coraz jaśniej, coraz dalej, w końcu objęło i mnie i okolicę. Wszystkie suche trawy na miedzach zabarwiły się w jego blasku na rudo. A wiatr huczał jeszcze trochę, potem ucichł. Wróciłam do miasta.

piątek, 11 grudnia 2015
Choinka w centrum a wokoło bajzel ;-) Dzień 465 i 466

       Od wczoraj do dzisiaj przed południem nie było Internetu. Awaria w całym mieście czy gdzieś dalej. A i tak nie miałabym za bardzo czasu, chyba późnym wieczorem, bo przywieźli świnię i miałam gości. Nie napracowałam się wcale, wszystko gotowe, poporcjowane, uwędzone, popakowane w woreczki. Tylko układałam w szufladach. Wędliny uwędzone, kiełbasa, boczek, szynka, pasztet już zamrożony w trzech dużych porcjach, słonina poporcjowana - wszystko zrobione przez szwagra. Nawet nie próbował i dopiero jak wczoraj siedliśmy do stołu, spróbował swoich wyrobów. Dobrego mam szwagra :-)

      Wieczorem siostra ze szwagrem i jeszcze jej dwie koleżanki wpadli po spektaklu na kawę i ciastko. Prawdziwie świąteczny wieczór, kazali mi stroić choinkę, bo na razie stoi tylko posadzona w doniczce i wodę pije. Ubierać ją zamierzałam dopiero tuż przed świętami, nie wcześniej niż za tydzień. No ale skoro i tak wybierałam światełka dla bałwana, zawiesiłam chociaż lampki.

       W pracy zrobiło się nerwowo, bo zarządziłam na dzisiaj zebranie zespołu. Znowu dylematy, jak od jesieni ubiegłego roku i na wiosnę , pisać czy nie pisać petycję. Mam wątpliwości czy to akurat właściwa droga działania. Z drugiej strony, może i nie zaszkodzi, ale kto ma się podpisać. Moim zdaniem nie my, jako pracownicy, tylko dyrekcja w imieniu całego zespołu i instytucji. Tymczasem szefostwo zamierza nas "poprzeć", ale bez podpisywania się. To nie w porządku. Trochę jak umywanie rąk, bo znowu pójdzie po mieście fama, że u nas pracownicy się buntują. Musimy to przemyśleć i przedyskutować jeszcze.

       Coraz bardziej czekamy na święta i chwilę oddechu, tym bardziej, że znowu szykuje mi się ostry tydzień. Trochę dlatego, że DoS poszła na zwolnienie i obiecałam Irci pomoc, bo miały razem realizować powiatowy projekt. Ircia została sama, więc pomogę, zwłaszcza, że mnie najłatwiej, bo jestem najbliżej. Będzie dobrze.

         Chyba też rekolekcje są w przyszłym tygodniu, ale nie pamiętam dokładnie, kiedy się zaczynają. O myciu okien nie ma co marzyć, bo całe dni spędzam w pracy, wracam po zmroku, a jak wcześniej, to mam ważne załatwienia (wczoraj z banku dzwonili), a w sobotę jadę na wieś. Kwiatki nadal czekają na przesadzanie, szafy i regały z książkami na odkurzanie, trochę ciuchów na renowację i szycie, kuchnia i przedpokój na malowanie, stosik książek przy łóżku na czytanie... Kiedyś, kiedyś to zrobię ;-)

środa, 09 grudnia 2015
W poszukiwaniu harmonii. Dzień 464

      Świnia nie dojechała. Będzie jutro. Była za to Ewuś. Chciała napisać na komputerze scenariusz. Będzie robić z dziećmi przedstawienie. Nie mam drukarki, więc nagrałam jej na płytkę. Dobrze się złożyło, że wpadła.  Porozmawiałyśmy jeszcze pół godzinki. Potrzebne mi to było, żeby się wyciszyć. W pracy było bardzo niemiło. Po prostu ręce opadają. Zmienia się świat i zmieniają się ludzie. Na gorsze. Coraz więcej chamstwa, lekceważenia drugiego człowieka, wulgarności. Żadnej kontroli emocji, żadnej refleksji, żadnego samokrytycyzmu. Skąd tyle złości, tyle gniewu? Dlaczego pierwsza impuls to dokopać drugiemu, wyśmiać go, poniżyć? Nie mogę, nie potrafię się uodpornić, a powinnam w trosce o własną równowagę i spokój. Dlaczego w ludziach tyle agresji? Tyle pretensji i żądań? Wszystkim coś się należy, a mało kto chce coś dać z siebie, o wdzięczności nawet nie wspominając. Szef chce mnie wrobić w jakąś petycję. Gdybym tylko mogła, rzuciłabym to wszystko nawet dziś. Coraz mniej się dziwię A., że zrobił wszystko, aby stąd wyjechać, zapomnieć, oderwać się od tego małomiasteczkowego chamstwa, prymitywizmu. Ewuś ma wielką zaletę, jest osobą niezwykle kulturalną, spokojną, nie słyszałam, żeby kiedyś podniosła głos. Nie nadużywa słów, mówi precyzyjnie i długą frazą. Ma kojący głos. Tego było mi potrzeba. Trafiła w dobry moment.  Chciała jechać do siebie na pendrive, ale zatrzymałam ją. Nie miałam zapasowego, ale miałam płytkę, nagrałam i też może sobie wziąć, żeby wydrukować. Ona jeździ rowerem, jest zimno, a wciąż jest przeziębiona, to nie byłoby dobre. Zjadłyśmy razem gorącego krupniku i omówiłyśmy nowiny. Zamierzała jeszcze wstąpić do mamy. I znowu dotrze do domu na późny wieczór. Trudno się leczyć w takim rytmie życia. No ale dzisiaj założyła spodnie, kożuszek, grube rękawice, to przynajmniej nie zmarznie za bardzo.

       Tak sobie myślę, że warto by było zweryfikować swoje znajomości i kontakty. Odciąć się od toksycznych osobowości. Nie zawsze się da, bo z wieloma trzeba pracować, a to jest trudne, gdy ktoś z nas wysysa całą energię. Jak się odseparować? Udawać, że to nas nie dotyczy. To zawsze tylko udawanie. Uzbroić się w cierpliwość? Ileż można? Trzeba szukać ludzi pozytywnych, nadających na tych samych falach, albo po prostu posiadających wewnętrzną harmonię. Tak, to chyba od tego właśnie zależy: od wewnętrznej harmonii. Gdy ktoś ją ma, nie potrzebuje wszystkim dookoła udowadniać, że jest lepszy, że ma rację, nie musi eksponować siebie i żądać akceptacji, sam wie, ile jest warty. Człowiek harmonijny nie pcha się wszędzie za wszelką cenę, nie wprowadza chaosu. Właśnie: chaos to największe przeciwieństwo harmonii. Trzeba budować harmonię. Czym? Może muzyką...

wtorek, 08 grudnia 2015
Dopiero początek tygodnia, a jakby ogrom czasu. Dzień 463

       Jak wczoraj wieczorem popłaciłam rachunki, to połowa pensji poszła. A mam jeszcze parę zaległych. Tak się jakoś zwleka. Muszę pójść na pocztę, a ciągle nie mam czasu. Z pracy wyszłam spóźniona, z ciężką torbą dodatkowej roboty. Zaraz się do tego muszę zabrać, bo potem do świąt nie wyrobię. Po południu ogarnęłam nieco sypialnię, bo już się człowiek przewraca. Potem I. zapowiedziała się z wizytą. Miałam piec gryczany pieróg, ale nie wiem, czy zdążę. Naprawdę muszę przysiąść do roboty. Może jutro?... Nie, nie da rady, złudne plany, jutro mam ćwiartkę świni posegregować i schować do zamrażarki. Za nic się nie wyrobię. Trudno, jak we czwartek przyjadą goście, podam kawę i paluszki ;-) Ostatecznie jest Adwent, potrzeba trochę ascezy. Rozpusty nie będzie, ot, co!

        Uprawiam domową krioterapię ;-) Zakręciłam kaloryfer w pokoju, gdzie stoi choinka, żeby ją za bardzo nie wysuszyło do świąt. Oby przetrwała. Z samego czubka odpadły igiełki, ale to bardzo wysoki czubek i miałam go skrócić, a na razie nie mam na niego nic do zaczepienia, ani żadnego szpica, ani gwiazdy. Jak ogarnę tę robotę w tym tygodniu i przez weekend, pójdę czegoś poszukać ładnego.  Nie, nie ogarnę! Przecież znowu jadę na wieś, bo mamy robić stroiki na cmentarz! A potem mamy jakieś podsumowania w pracy, statystyki, raporty przed końcem roku. W najlepszym razie odetchnę koło 22. No to już święta będą. A ja zostanę jak zwykle w lesie ze wszystkim.

        Ach, prawda, wtedy już mnie tu nie będzie.

poniedziałek, 07 grudnia 2015
Z prądem leniwej rzeki. Dzień 462

      Nic nie idzie jak należy. Nie jestem odpowiednio wytrwała ani zdeterminowana. Brakuje mi silnej woli. Nie wiem, pasji może? A może to już taki wiek? Chociaż... chyba nie. Zawsze byłam mało zdecydowana. Wolałam dryfować z nurtem zdarzeń, zdać się na los niż samej zmieniać bieg rzeki. Bo przecież nigdy nie wiem, nie wiedziałam, co okaże się właściwe. Wolałam dostosować się do sytuacji niż szukać nowego rozwiązania, ustalać normy, narzucać światu swoje wizje. Tak to było. Los mnie rzucał, ja szłam za nim, dostosowując się, czerpiąc z miejsc, w których się znalazłam, to, co najlepsze. Czasem, czasem nieznacznie korygowała dryf, ale w zasadzie bez jasno wyznaczonego azymutu. Na przykład zmiany pracy. To nigdy nie była moja decyzja, tylko pracodawcy. Kończyła się umowa, nie miałam co dalej tam robić, szukałam następnej. A nie, przepraszam, ostatnim razem sama poszłam zapytać, jak się sprawy mają i czy nie szukają kogoś. To znaczy wiedziałam, że szukają, bo mi kolega powiedział, który miał informacje na ten temat i zasugerował mi, żebym poszła. No tak, to była moja inicjatywa, ale tylko dlatego, że wiedziałam o szykującym się miejscu. Tak z głupia frant nigdy bym się nie zainteresowała. Przecież działka na wsi, gospodarstwo, pasieka to też nie jest mój świadomy wybór w sensie "będę gospodynią na wsi". Szereg niezależnych ode mnie okoliczności na to wpłynęło. Na dobrą sprawę nawet specjalizację kierunku studiów wybrałam inną, ale ponieważ nie było wystarczającej liczby chętnych do otworzenia kierunku, przenieśli mnie hurtem ze wszystkimi na to, co było dostępne. A ja nie miałam z tyle determinacji, żeby szukać w innych miastach, na innych uczelniach. No i zostałam. Dostosowanie. W sumie kierunek ten sam, wydawało mi się, że zbyt wielkiej różnicy programowej nie ma. No i nie było, a zyskałam dodatkową specjalność, o którą po latach pewnie musiałabym się po latach dobijać. I tak już zostało. Praca, życie na wsi, dojazdy, potem mieszkanie, o, tu zawalczyłam, najpierw jeden pokoik, a potem gdy się nadarzyła okazja złożyłam podanie o dwupokojowe i dostałam. To był szczęśliwy zbieg okoliczności. I tak sobie siedzę, myślę i myślę. Czy jest o co walczyć? Od ponad roku, może nawet już dwóch lat chodzi mi po głowie myśl o zmianie pracy, a w zasadzie zmiany profesji. W tym celu musiałabym zrobić nowe kwalifikacje. Samo ich zdobycie nie jest ponad moje możliwości, ale... No właśnie, ale! Trzeba zapisać się na kurs. Trzeba na ten kurs, a właściwie trzystopniowe kursy kwalifikacyjne pojechać gdzieś tam w Polskę, być może całkiem daleko. Trzeba będzie na koniec zdać egzamin, żeby dostać uprawnienia. No i nic nie robię. Nie chce mi się. Szukałam już nawet kursów, żeby się zapisać. Gdyby były bliżej! Tymczasem są, ale na drugim końcu Polski. Mnie się nie chce tak daleko. Gdybym mieszkała w jakimś wojewódzkim mieście, byłoby łatwiej, prościej, bliżej. A tak, sam wyjazd stąd, z tego zadupia jest trudny. I raczej nie dałoby rady bez przesiadek, bez noclegów, bez zarywania nocy. Więc siedzę na dupie, martwię się o pszczoły, jeżdżę na wieś, grabię liście, pracuję, żeby zarobić na utrzymanie, czasem sobie fundnę jakąś przyjemność, dzień po dniu, tydzień po tygodniu, z miesiąc a na miesiąc. I nawet o linię nie potrafię zadbać, bo nie mam silnej woli. Ot, wcinam placki, a wczoraj kupiłam lody. nawet suszarkę do włosów kupiła mi siostra, bo ja uznałam,z ę mi niepotrzebna, nie myje rano głowy, tylko na noc i zakładam wałki, to po co mi suszarka... No ale ona mi kupiła ;-)

niedziela, 06 grudnia 2015
Przedświąteczne obstalunki. Dzień 461

       Zmogło mnie. Wczoraj wieczorem goście, po których cały zlew naczyń. przywiozłam ze wsi choinkę i wsadzałam do doniczki. Dzisiaj ustawiałam ją w pokoju, nie za bardzo jest miejsce, musiałam zrobić małe przemeblowanie. Ale to dopiero teraz, wieczorem. W dzień ładna pogoda była, więc poszłam na świąteczny jarmark w Muzeum Regionalnym. Poznałam kilka osób, panie robiące fajne rzeczy, bombki, serwety, aniołki szydełkowe, mikołaje... Kupiłam na prezenty parę drobiazgów. Skończyły mi się drobne, a nie było gdzie rozmienić, to nie zaszalałam. Po południu był wernisaż rękodzieła w domu kultury, też się wybrałam, ale nie na samo otwarcie, nieco później. Ściągnęłam I. z którą się tam spotkałyśmy. Była też Ewuś, zdążyłyśmy zamienić parę słów zanim poszła. Obejrzałam obrazy, wyroby z ozdobnego filcu, znowu różniste bombki, choinkowe ozdoby, biżuterię. Fajne rzeczy ludzie robią. Są to albo panie na emeryturze, albo zawodowi plastycy jak pani plastyczka z domu kultury i jej dzieci, które też malują. A swoją drogą jej mąż jest poetą, natomiast syn początkującym aktorem. Malownicza rodzinka! Znam ich i mówiąc szczerze, są to tak różne charaktery, że nie wiem, jak ze sobą wytrzymują ;-) Na zakończenie wystawy będzie kiermasz, to się wybiorę i może coś kupię. Zanim wróciłam jeszcze pogadałam z I. Opowiadała o swoich problemach. Musiała się wygadać. Akurat miała chwilę wolną, bo mały był na pływalni. Potem wróciłam i zrobiłam przemeblowanie, ustawiłam choinkę. krzywo coś stoi, chociaż w doniczce. Oczywiście nie jest posadzona tak, żeby rosła, tylko dla stabilizacji jakiś kawałek korzenia zostawiłam. O ile się nie osypie, będzie wyglądać ładnie. Zakręciłam kaloryfer prawie na zero, żeby miała chłodniej. Podlewam. No zobaczymy. I jeszcze dzwoniłam do brata. Trochę porozmawialiśmy i jestem zmęczona. Cały kram naczyń nadal w zlewie leży. Nie mam siły. Od wczoraj bowiem boli mnie głowa, wieczorem i rano miałam zawroty. Bałam się nawet dzisiaj pić kawę. Poleżałam rano dłużej niż zwykle, czekając aż mi przejdzie. Może to po wczorajszym pobycie na wsi? Trochę się zmachałam, bo i ta choinka, i grabienie liści, sprzątanie topinamburu przez godzinę z okładem, później czekając aż siostra po mnie przyjedzie, zdążyłam zmarznąć. W czwartek znowu będę mieć gości i już myślę, co by tu naszykować do jedzenia. Chyba upiekę gryczany pieróg i będzie spokój na cały wieczór. Jutro jakieś wyjście się szykuje,  zapomniałam dokąd i po co. Zobaczy się.

sobota, 05 grudnia 2015
Znowu płakałam. Dzień 460

        Weszłam do starej chałupy taty i nic się nie zmieniło. W suszarce naczynia gotowe do użycia, w kącie koło pieca pozaczynane wiklinowe koszyki, przygotowane kabłąki do wyplatania, na szafie butelki z nalewkami, w plastikowej balii i wielkim koszu naniesione drewno do palenia w kuchni pod blachą, zaścielone łóżko ... wszystko w oczekiwaniu. Tylko kuchenka gazowa ma zamknięta klapę, jak zostawiłam dwa tygodnie temu i nikt jej nie otworzył, nie używał. Zajrzałam do wirówki, popatrzyłam na zakurzone książki, na starej malowanej skrzyni w kufelku bez ucha powkładane długopisy i flamastry, na małej tacy golarka, latarka, jakieś drobiazgi. Na blasze żelaznego piecyka dwie paczki herbaty, jedna otworzona i na poczęta. Obok słoik z miodem, duży żółty kubek, łyżka. para skórzanych butów. Wszystkie obrazy na ścianach, torebka mamy przechowywana przez wszystkie te lata obok jej zdjęcia, zawieszone na ścianie. Nic, nic się nie zmienia. I tak pozostanie. Za chwilę przecież otworzą się drzwi, zaczniemy rozmowę. Może wypijemy herbatę. Trzeba napalić w piecu, bo zimno. Choć dzisiaj i tak pogoda dopisała. Od wczoraj jest słonecznie. U sąsiadów furkocze rozwieszone na sznurach pranie. Kot połasił się na jedzenie dla sikorek. Odleciała spłoszona sójka. Cisza. Nawet ostatnie liście grabione z alejki pod leszczynami nie szeleszczą namoknięte i ciężkie. Przejazd uporządkowany, częściowo zebrałam uschły topinambur. Poprzednim razem kopaliśmy go razem. Ukopaliśmy prawie całe wiaderko. Teraz wystarczyły trzy kłącza, bo dla kogo więcej? Nawet kurom nie ugotuję reszty. Cisza. Nikogo nie ma. A przecież jakby wszystko wciąż czekało.

piątek, 04 grudnia 2015
Odmierzając czas. Dzień 459

     Nie mam pojęcia, kiedy ten tydzień zleciał. Dopiero co był poniedziałek. Zastanawiam się, czy umiałabym wymienić po kolei najważniejsze wydarzenia od ostatniej niedzieli. Oczywiście wydarzenia istotne dla mnie, niekoniecznie dla świata ;-) To, czym mogę odmierzyć swój subiektywny tygodniowy upływ czasu. 

      Zaczęło się od przespanej niedzieli i bardzo ważnej rozmowy z I. Ponieważ dawno się nie widziałyśmy, a mnie zaginął numer jej telefonu, pofatygowałam się osobiście, żeby sprawdzić jak żyje. Skończyło się na narzekaniu na szkołę, nauczycieli i dyrektora szkoły, do której chodzi jej mały. Bo są problemy. Ustaliłyśmy procedurę działań i rozmów. Miała je zacząć wdrażać od poniedziałku. Dzwoniła wczoraj: jest poprawa. 

       Mój poniedziałek, wtorek, środa to praca, praca i praca, siedzenie w papierach, zawalone dwa stoły i pół podłogi. Terminowa robota zakończona dzisiaj, przed czasem. Spokojnie mogę wklepywać dane do komputera i posumować całość. Jestem z siebie dumna. 

       W tak zwanym międzyczasie długa rozmowa z A. Pisałam. mało tego, przypomniał sobie mój adres mailowy i też napisał. Jak na niego to wielka rzecz, bo nigdy nie ma czasu. No to teraz tylko czekać, jak wróci do kraju w przyszłym roku. Już zaklepał terminy spotkań i wspólnych rejsów po warszawskich przybytkach kultury. 

        Następna rzecz: wdrażanie programu oszczędnościowego w domowym budżecie. Sukces połowiczny. Nie kupuję słodyczy, ale był dzień darmowej dostawy i mam dwie paczki: z kawą i książkami. Książek jeszcze nie odebrałam. 

        Przemeblowałam pokój, w którym pracuję, żeby łatwiej było rozkładać laptop i sięgać po książki. Kabelek puściłam pod ścianą za kanapą. Prawie skompletowałam świąteczne prezenty. Mam już dla dzieciaków oraz połowę dla innych osób. Dzisiaj nawet znalazłam bardzo fajne puzzle. 

         Piję tylko dwie kawy dziennie. Poza tym skrzyp i pokrzywa. łykam witaminy. 

         A teraz bomba: ktoś ukradł mi kwiatek z parapetu na korytarzu. mam mieszkanie tuz przy oknie, ostatnie w korytarzu. Trzymam więc na parapecie, żeby ładniej było jakieś tam trzy doniczki z kwiatami. No i dzisiaj jeden, największy, zniknął. Był najładniejszy i w dodatku dostałam go w prezencie, ale ponieważ nie mieścił się w mieszkaniu, trzymałam na korytarzu. no to już go nie mam. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37